Wczoraj

miałam małe załamanie, bo znowu za dużo i na wczoraj. Bo liczyłam na choć pół dnia przerwy, po tym, jak złożył w środę duży projekt, pół dnia Mi z Mo, w czasie którego ja będę mogła bez wyrzutów sumienia zająć się swoją robotą. Wściekła byłam na Mi, bo ciągle siedzi w papierach, bo ciągle ja siedzę w jego papierach, a na dodatek mam swoją pracę, Mo i ogarnięcie domu na głowie. I swoje ostatnie już wykłady, do których nawet nie miałam czasu się przygotować, robiłam slajdy dopiero wczoraj, na ostatnią chwilę, bo oczywiście swoje zostawiam na koniec, jak wiele osób z syndromem ofiary. I taka zestresowana, rozkojarzona, zmęczona siadłam wczoraj wieczorem do wykładu. Ech.

Dziś już minęło, bo to przecież nie jego wina, że ma bardzo wymagające studia, że musiał napisać 10 prac w ciągu pół roku (a każda na co najmniej 3000 słów, czyli 10 stron, plus ostatni projekt na 70 stron, nie żartuję), a do tego miał zajęcia, praktyki i pracę. A może też to siedzenie w domu zaczyna nas męczyć?

Nie jest łatwo czasami.