siedzieliśmy w domu.
Właśnie przed świątecznym śniadaniem, siedzimy i czekamy na nasze dzieci.
Dla nas się wszystko jest jak było, nic nie zmieniło, rodzina i tak co roku tylko przez Skypa. No przepraszam, w tym roku Zoom. (A właśnie, skorzystałam z zooma pracowego i okazało się, że cała rozmowa z rodziną w Polsce nagrała się i jest dostępna na stronie pracowej 0_0 muszę to wykasować, ale wcześniej chciałabym to ściągnąć i nie potrafię. I teraz dylemat – zostawić to jeszcze tam do czasu, jak obczaję – choć nie jest publicznie dostępne, to admini mogą sobie zajrzeć – czy kasować już teraz?)
Wiosna mnie opętuje.
Tu ławeczka z tyłu domu, od kuchni. Od kiedy okaleczyliśmy zredukowaliśmy koronę naszego drzewa w ogrodzie, jest calutki dzień skąpana w słońcu:

Tu to samo okno od innej strony. I stoliczek, który codziennie prowokuje Mo do pytania ‚Mamo, a czy możemy jeść dzisiaj w ogrodzie?’. Niestety, choć słońce to jeszcze za zimno:

Tutaj maleńka jabłonka, na którą w zeszłym roku wydałam wyrok śmierci. Ale jak zobaczyłam tego kwiatuszka, to zgodziłam się na odroczenie. Ma teraz więcej słońca, więc może coś z niej będzie?
A z przodu domu mamy tak:

Cyprysy (?), bluszcz, Mo w chełmie hełmie i moje białe tulipany, sadzone w ciemny, deszczowy, listopadowy dzień. I jeszcze magnolia, proszę bardzo:

