Chyba wszyscy zaczynamy mieć dość

Ja wczoraj dotarłam do kresu (choć pewno nie ostatniego) kiedy zaczęłam wrzeszczeć na Mo, że zjadła dwie truskawki więcej, a miała zostawić dla brata, mówiłam jej i pokazywałam, że dla każdego z nas zostało tylko po dwie, a ona zjadła chyba z siedem, NO PRZECIEŻ MÓWIŁAM CI, ŻE MASZ ZOSTAWIĆ DLA NAS, DLA ADKA, PROSIŁAM CIE, NIEDOBRA JESTEŚ, OKROPNA Z CIEBIE DZIEWCZYNKA, WSTRĘTNA, darłam się i darłam, i na to wszedł Mi, ja górująca nad Mo, wydzierająca się, i ona, taka malutka, kuląca się w sobie, dziewczynka z warkoczykami, strasznie niedobra dziewczynka, wcielenia zła, bo zjadła dwie truskaweczki więcej.

Przepraszałam ją oczywiście i przepraszałam później, ale jeszcze w nocy budziła się z płaczem i wołała tatę i coś mu tam mówiła, że ona tylko zjadła dwie truskaweczki i że przecież dla Adka zostało.

Ja też pół nocy nie mogłam spać. Jak można o coś takiego zrobić malutkiej dziewczynce awanturę?

Pogoda taka sobie,

do dużego parku dalej nie można pojechać (nie można się oddalać dalej niż 2 km od miejsca zamieszkania), u nas też zaczynają przebąkiwać o maseczkach. No cóż, jak trzeba będzie, to mus i tyle, choć już przeczuwam jak bardzo upierdliwe jest to w noszeniu, szczególnie, jak się jest okularnikiem.

Ja dalej siedzę w robocie i NAPRAWDĘ MAM JUŻ DOŚĆ, ale nie mam się komu poskarżyć, bo Mi ma jeszcze gorzej. I przez to mamy razem gorzej, bo on wyjęty z harmonogramu codziennie od 10 do 17. Bo ma zajęcia, noż kurcze blade, jaja sobie tam robią na tym uniwerku. Jesteśmy załatwieni na amen tymi studiami, pracami, opieką nad dzieckiem i te historie, że ktoś się nudzi i nie ma pomysłów co z czasem zrobić, ogląda jakieś stare seriale i w ogóle to zaczął czytać książki, to jakby z jakiegoś innego kosmosu docierały do mnie. No, ale z drugiej strony lepiej być zarobionym, niż niedorobionym i martwić się pracą, nie?

Jak widać nastrój dziś średni, bo robota, robota, robota, Mo też zaczyna mieć dość siedzenia w domu tylko z nami, na ogrodzie nie można sie zrelaksować, bo za zimno. No nic, wygląda na to, że trzeba sie zapieprzać dalej, coby jak najszybciej skończyć. Wczoraj sprawdzałam chyba najgorsze prace w moim krótkim życiu wykładowcy, z chęcią oblałabym połowę roku, mózg do dzisiaj mi jeszcze się nie naprawił. Jutro sprawdzam ich egzaminy i już się boję.

Pogoda dziś lepsza,

chłopaki dalej skłócone. Mnie świerzbią palce i chcę sadzić maliny borówki truskawki, ale się okazuje, że to wszystko na jesień. Nie przygotowałam w tym roku ogrodu, mieliśmy lecieć do Polski na trzy miesiące pod koniec maja, więc żadnych koperków szczypiorków bobow i kalarep nie sadziłam. A teraz żałuję.

Sklepy ogrodnicze otwarte tylko online, ale towar bardzo przebrany i mają problemy z dostawami.

Sezon biegowy uważam za otwarty! Wczoraj coś koło 4 km, jak na pierwszy raz to nawet tempo dość dobre, zważywszy, że od pieciu tygodni siedzimy w domu.

Kupię sobie piękną różę na miejsce koło furtki. I stanik do biegania.

Taki oto sweterek w koronawirusy robię dla Mo:

W Irl testują wszystkich pensjonariuszy i pracowników domów opieki. Z perspektywy paru tysięcy kilometrów Polska wygląda strasznie – Sejm głosujący, żeby nie testować pracowników służby zdrowia w sytuacji, gdy 1/3 zakażonych to służby medyczne. Gigantyczne kary za wejście do parku czy lasu. I w międzyczasie, to znaczy w czasie pandemii, głosowanie za całkowitym zakazem aborcji. Plus za pozwoleniem zabierania dzieci na polowanie.

No photo description available.

Mój kraj urodzenia wydaje mi się coraz bardziej zdziczały.

Jednak zmęczenie materiału

Od wczoraj chłopaki od bawią się w ‚ciche dni’, w sumie ciekawe, że ja nigdy cichych dni nie miewam, mam głośne chwile, ale obrażanie się i muchy w nosie nie w mojej naturze. Może niepotrzebnie wczoraj wtrąciłam się do krojącej się awantury, wychodzi na to, że zamiast wyciszyć, dolałam oliwy do ognia. No cóż, bywa. Poszło o to, co zwykle, że na nie pomaga, albo za mało i tak dalej, w sumie się zgadzam, tylko nie podobało mi się, że rozmowa zaczęła się akurat wczoraj, kiedy nam pomagał.

Coś jest takiego w tej relacji dorosły syn-ojciec, że jest trudna, choć dobrymi chęciami wybrukowana. A może tak powinno być, żeby dorosłym dzieciom za dobrze w domu nie było. Teraz jest to szczególnie upierdliwe, bo nawet nie ma możliwości odetchnięcia od siebie, wyjścia do pracy czy szkoły, do kolegów czy gdziekolwiek. Adek w czasie roku szkolnego często pomieszkiwał u kolegów/koleżanek (nie wnikam), pracował, studiował, zarabiał, imrezował, miał dobre wyniki, więc się nie martwiłam, wracał do nas, jak go prosiliśmy albo miał na to ochotę. Teraz jest trudniej, próbuje się izolować po swojemu – czyli siedzi w nocy do 5 i wstaje o 3, co oczywiście strasznie wkurza ojca i tak dalej.

Prawda jest też taka, że z małym dzieckiem, które śpi w naszym pokoju i wstaje o siódmej lub ósmej rano i z dużym dzieckiem, które śpi za ścianą i urzęduje po nocy nie mamy żadnej intymnej chwili dla siebie i może tu jest pies pogrzebany;D

Taki dzień dzisiaj do tego szary, deszczowy, zimny, nawet na ogrodzie nie można posiedzieć.

Ale idziemy dziś pobiegać, po raz pierwszy od pół roku, więc liczę na poprawę nastroju.

Wczoraj

miałam małe załamanie, bo znowu za dużo i na wczoraj. Bo liczyłam na choć pół dnia przerwy, po tym, jak złożył w środę duży projekt, pół dnia Mi z Mo, w czasie którego ja będę mogła bez wyrzutów sumienia zająć się swoją robotą. Wściekła byłam na Mi, bo ciągle siedzi w papierach, bo ciągle ja siedzę w jego papierach, a na dodatek mam swoją pracę, Mo i ogarnięcie domu na głowie. I swoje ostatnie już wykłady, do których nawet nie miałam czasu się przygotować, robiłam slajdy dopiero wczoraj, na ostatnią chwilę, bo oczywiście swoje zostawiam na koniec, jak wiele osób z syndromem ofiary. I taka zestresowana, rozkojarzona, zmęczona siadłam wczoraj wieczorem do wykładu. Ech.

Dziś już minęło, bo to przecież nie jego wina, że ma bardzo wymagające studia, że musiał napisać 10 prac w ciągu pół roku (a każda na co najmniej 3000 słów, czyli 10 stron, plus ostatni projekt na 70 stron, nie żartuję), a do tego miał zajęcia, praktyki i pracę. A może też to siedzenie w domu zaczyna nas męczyć?

Nie jest łatwo czasami.

Nasze zdjęcie będę musiała później ściągnąć, bo kto to widział, tak się upubliczniać. Ale pamiętam, jak kiedyś Iksia bodajże na jakimś starym blogu wrzuciła swoje zdjęcie (kiedy jeszcze było to praktyką bardziej popularną) i pamiętam, jak sprawiło ono, że ta osoba za czarnymi literkami nagle nabrała jakby głębi, wyjrzała z innego wymiaru, stała się bliska. Więc też chyba chciałam stać się wam bliska. Albo pochwalić się ładnym zdjęciem, na którym wyglądam 10 lat młodziej niż zazwyczaj;D

Dzisiaj prawdziwie wiosenny dzień – 20 stopni i słońce. Mo, kiedy wyszłyśmy rano do ogrodu na kawkę, cała się spociła ‚co tu tak mamo gorąco?’. Wyciągnęłyśmy zatem ogrodowy basenik.

20 stopni – Irlandczycy się kąpią w ogrodowych basenach, Polacy ściągają sweterki. Moja siostra zamienia puchową kurtkę na zwykłą.

Taki ładny dzień. Pracowałam na ogrodzie, nie w ogrodzie, bo ‚w’ oznaczałoby, że sadziłam, pieliłam i podlewałam, a ja tylko przyniosłam sobie komputer i siedziałam na słoneczku. Ciągle jeszcze dużo pracy, studenci niecierpliwie czekają na oceny, Mich składa swoje ostatnie prace, które czytam i poprawiam, piszą się ostatnie dokumenty do nowego programu. Ostatnie wykłady online na uniwerku – jeszcze cztery . Końcówka, ale jeszcze nie koniec. Zwolnione obroty, ale jeszcze trzeba biec. Już niedługo.

Tylko co potem?

O pracę na razie się nie martwię do września – natura mojej roboty jest taka, że już sobie zapracowałam na wakacyjne miesiące, i tak mi nie płacą w wakacje, więc nie muszą mnie zwalniać:D W sumie fajnie. Mamy tylko nadzieję, że we wrześniu będzie gdzie wracać.

Święta spędziliśmy spokojnie,

siedzieliśmy w domu.

Właśnie przed świątecznym śniadaniem, siedzimy i czekamy na nasze dzieci.

Dla nas się wszystko jest jak było, nic nie zmieniło, rodzina i tak co roku tylko przez Skypa. No przepraszam, w tym roku Zoom. (A właśnie, skorzystałam z zooma pracowego i okazało się, że cała rozmowa z rodziną w Polsce nagrała się i jest dostępna na stronie pracowej 0_0 muszę to wykasować, ale wcześniej chciałabym to ściągnąć i nie potrafię. I teraz dylemat – zostawić to jeszcze tam do czasu, jak obczaję – choć nie jest publicznie dostępne, to admini mogą sobie zajrzeć – czy kasować już teraz?)

Wiosna mnie opętuje.

Tu ławeczka z tyłu domu, od kuchni. Od kiedy okaleczyliśmy zredukowaliśmy koronę naszego drzewa w ogrodzie, jest calutki dzień skąpana w słońcu:

Tu to samo okno od innej strony. I stoliczek, który codziennie prowokuje Mo do pytania ‚Mamo, a czy możemy jeść dzisiaj w ogrodzie?’. Niestety, choć słońce to jeszcze za zimno:

Tutaj maleńka jabłonka, na którą w zeszłym roku wydałam wyrok śmierci. Ale jak zobaczyłam tego kwiatuszka, to zgodziłam się na odroczenie. Ma teraz więcej słońca, więc może coś z niej będzie?

A z przodu domu mamy tak:

Cyprysy (?), bluszcz, Mo w chełmie hełmie i moje białe tulipany, sadzone w ciemny, deszczowy, listopadowy dzień. I jeszcze magnolia, proszę bardzo:

Dziś przedostatni dzień pracy

na mojej głównej uczelni. Wkrótce będę miała wolne – co prawda nie tak całkowicie, bo sprawdzanie prac i parę wykładów online jeszcze przede mną, ale większość godzin wykładowych odpadnie.

Nie martwię się, co będę wtedy robić, bo mam mnóstwo projektów (dokończyć sweterek Mo, pooglądać te wszystkie dokumenty, na które nie miałam czasu, przeczytać te wszystkie książki, na które nie miałam czasu, posadzić maliny, pomalować duży pokój, uszczelnić sufit w sypialni, uszczelnić ściany w toalecie, uporządkować papiery i tak dalej), ale przyznam, że będzie mi brakował możliwości pojechania nad morze, czy też do parku. Nie mówiąc już o przyjeździe do Polski, o którym chyba możemy chyba zapomnieć:( (bilety mamy na 1 czerwca).

Czytam relacje ludzi w Polsce zatrudnionych na śmieciowych umowach, którzy właśnie stracili pracę i tak mi ich strasznie żal. Przypomina mi się nasze szarpanie dwadzieścia lat temu. I gratuluję sobie, że zmieniliśmy kraj. Niby minęło dwadzieścia lat, niby wszystko się zmieniło, a nie zmieniło się nic.

W Irlandii rząd wprowadził koronazapomogi w wysokości 350 e tygodniowo dla ludzi, którzy stracili pracę. Nas to na szczęście nie dotyczy, przynajmniej na razie, ale pomaga uciszyć ten straszny lęk ‚a co jakby coś’.

Dzisiaj tylko pięć godzin w pracy na słuchawkach, ale dalsze trzy pracując. Dzieci korzytają z okazji – jedno ogląda baje, a drugie śpi cały dzień. Ja na razie odpoczywam od jeżdżenia do pracy, ale wiem, że prawdziwe wyzwanie dopiero się zacznie.

Wprowadzono dodatkowe obostrzenia – nie wolno przemieszczać się dalej niż 2 km od swojego domu – już nie pojedziemy do parku do jelonków, a i z koleżanką na spacer parkowy się nie spotkam. Biegać jeszcze można, jak również jeździć na rowerze, trochę mnie to pociesza.

Ogród cieszy coraz bardziej, właśnie rozkwitają tulipany posadzone pewnego ponurego listopadowego weekendu. Zrobię zdjęcie, jak wyczyszczę komórkę;)