Jak Mo odkryła naleśniki

Oto we wtorek, roku pamiętnego 2020, cztero- i pół letnia Mo odkryła naleśniki. A nie był to oczywiście taki zwykły wtorek, tylko Wtorek Naleśnikowy, czyli Pancake Tuesday.

Nigdy wcześniej nie robiłam jej naleśników, bo cała moja mamowa uwaga kuchenna skupiona jest na ciągłym rozwiązaniu równania, którym jest wciśnięcie zjedzenie jak największej ilości warzyw, w jak najkrótszym czasie, przy jak najmniejszym moim wysiłku spędzonym na przygotowaniu posiłku przez jak największą liczbę osób w naszym domu, biorąc przy tym pod uwagę czynniki zdrowotne (Mo jest uczulona na pomidory, które Adek uwielbia, ja nie mogę jeść awokado i orzechów, Mi może jeść wszystko, oprócz tego, czego nie chce), smakowe (Mo kocha makarony, których ja nie cierpię, Adek uwielbia chili con carne, którego nie lubi Mo, a Mi wymaga, żeby chili było bezmięsne) i kulturowe (Mi jest weganem, ja wegetarianką, Adek wszystkożercą, a Mo wegetarianką z przymusu, która kocha szyneczkę i kiełbaskę, kiedy się tylko do nich dorwie).

I oto właśnie we wtorek Mo wróciła cała uśmiechnięta z przedszkola, bo SMAŻYLI NALEŚNIKI.

No to już wiesz, jak się robi naleśniki? – spytałam Mo.

Tak, mamusiu! Z torebki! – wykrzyknęła cała zadowolona Mo.

No i nie mogłam przecież na to pozwolić, by MOJA CÓRKA myślała, że naleśniki robi się z torebki. Kupiłam więc jajka, mleko, mąkę, cukier waniliowy, truskawki, borówki i gęstą śmietanę i zrobiłyśmy z Mo naleśniki.

Mieszała, miksowała i nalewała na patelnię. Potem jeszcze umyla naczynia:

Zrobiłyśmy również naleśniki wegańskie, a to wyższa sztuka jazdy, bo trzeba znać taki jeden patent, żeby nie przylegały (zmielone płatki owsiane!).

Naleśniki były oczywiście wiadomo jakie i od tego momentu Mo dostała kompletnego bzika.

A zatem wtorek – naleśniki, środa – również naleśniki, czwartek – wiadomo co.

Dziś jest piątek i już rano odbylysmy rozmowę, że jak ją odbiorę z przedszkola, to ona planuje, że zrobimy naleśniczki. Ostatni raz, mamusiu.

Ale zapach jest tak cudny, że cały dom pachnie jak cukiernia i śni mi się po nocach.

Uff,

znalazłam przedszkole!

Od razu w środę Mi zapytał się u siebie na uczelini (uczelnia ma przedszkole dla dzieci studentów) i okazało się, że jest miejsce, wprawdzie za tydzień, no ale jakoś damy radę. Zapłaciliśmy depozyt i się uspokoiliśmy, już nawet powiedziałam szefowej że może będę musiała wziąć dziecko do pracy we wtorek – mam tylko 1 godzinę w sali komputerowej, siedziała by sobie w rogu i oglądała baje. Bo w poniedziałek pracuję w domu. Zostałyby nam do zagospodarowania tylko trzy dni, może jakiś przyjaciel akurat bez pracy by się zgodził? Albo nasz wieczny zbawca Adek nie poszedłby na uczelnię. Albo Mi musiałby powiedzieć na praktykach, że nie może – no trudno, jakoś by odrobił te dni potem.

Ale zaczęłam zaczęłam sobie wyobrażać tę codzienną jazdę porannym autobusem do centrum miasta, i co gorsze, powrót koło 17.30. Z centrum miasta. Właśnie wtedy, kiedy są najgorsze korki i najgorszy tłok.

Image result for dublin city traffic jam

Nie moglibyśmy jeździć do pracy rowerem, bo bałabym się z dzieckiem przy takim dużym ruchu w centrum. Kiedy nie można jechać po chodniku. Bez rowerówek. Jak ten pan:

Image result for dublin city traffic jam bike

Albo przynajmniej jedno z nas nie mogłoby…

Jeśli Mi by ją zawoził, a ja chciałabym wcześniej odebrać, oboje nie moglibyśmy jechać rowerem…

Mo robi się często niedobrze w autobusie…

Przedszkole jest tanie (320 e/ miesięcznie) ale wliczając w to jazdy autobusem…

No dobrze, dosyć tych trzykropków sugerujących proces myślowy. Jak się domyślacie, zaczęłam szukać innych przedszkoli w okolicy.

I oto znajoma mama znalazła takie całkiem blisko (2.5 km tylko od nas), nowo otwarte, więc były jeszcze miejsca.

I Mo od wczoraj chodzi do tego nowego:)

Położone jest okropnie, w środku takiej przemysłowej okolicy, w budynku przypominającym fabrykę.

Jedzie się okropnie, taką szarą pustą drogą, o proszę bardzo:

A teraz sobie wyobraźcie, że wieje, leje i siecze gradem po twarzy. Jak właśnie wczoraj i dzisiaj.

Bo przecież jedziemy na rowerze, ahoj przygodo!

Ale przynajmniej jest pusto na drodze:D bo to nie jest przelotówka.

Przedszkole na razie ok, choć mam już różne wątpliwości – np dzieci oglądają bajki. Już drugi raz. Na dwa dni w przedszkolu.

Dziś powiedziałam o tym pani, zarzekała się, że bardzo okazjonalne. Rozumiem, raz dziennie;D

Mo się w miarę podoba, wychodzi dość zadwolona. Tylko wieczorami płacze za starym przedszkolem, za paniami i dziećmi.

Jeszcze tylko 7 tygodni.

Damy radę.

Wielkie imadło w sercu na razie odpuściło.

Nie mam na nic czasu, to sobie popiszę

Wczoraj wieczorem, kiedy o 17.30 odbierałam Mo z przedszkola, dowiedziałam się, że przedszkole jest zamykane. W TYM TYGODNIU. Może dotrwa do piątku, a może nie. Budynek, w którym się znajduje został zajęty przez komornika, który może założyć kłódkę na bramę główną w każdym momencie.

Dopiero co cieszyliśmy się, że z przedszkolem to naprawdę dobrze trafiliśmy – Mo lubi panie, panie lubią ją, ma przyjaciół i kumpli. Lubi chodzić do przedszkola, tam ma dzieciz którymi się bawi i w domu się częściej nudzi, niż tam (mamo, ja już bym chciała gdzieś pójść z tego domu!). Ifci mama pewno wcześnniej wiedziała o problemach – jej siostra pracuje w tym przedszkolu – i dlatego Ifcię przeniosła (a pisałam wam, że tato i mama podali mi dwie różne wersje tego, dlaczego się przenieśli!).

Szybki cios w twarz i zostaliśmy z tym przeokropnym bólem głowy, jakim jest opieka przedszkolna w tym kraju.

Opieka nad dziećmi w Irlandii leży na łopatkach, a raczej opiera się na barkach babć – tak źle to chyba nie jest w żadnym kraju bogatej Północy (bo że na Południu ludzie polegają tylko i wyłącznie na swojej rodzinie, to wiadomo). Opłaty za przedszkola są jedne z najwyższych wśród OECD państw (w tym roku za UK, USA i Nową Zelandia), oraz najwyższe w całej Unii (służę statystyką). Co i rusz pojawiają się w telewizji publicznej reportaże, jak dzieci są źle traktowane, a do tego nie ma miejsc. NIc, tylko siedzieć z dzieckiem w domu. Niestety, w sytuacji, kiedy kredyt mieszkaniowy za trzy pokojowy dom wynosi ponad tysiąc euro, a czynsz za 2 pokojowe mieszkanie prawie dwa razy więcej na wolnym rynku, w wielu rodzinach musi pracować oboje rodziców.

Jest jeszcze kwestia emerytury – jeśli wypadnę z rynku pracy, nie będę miała tych 40 lat okresów składkowych, które są wymagane na 1000 euro emerytury państwowej. Nie mówiąc już o tym, że ja CHCĘ pracować, lubię moją pracę (mimo straszliwego ostatnio tempa) i jestem chyba dość dobra w tym, co robię. Studenci mnie lubią.

Ale rozważam przejście na zasiłek, poważnie.

Nie spałam prawie całą noc. Pracuję dziś do 21.30. Jest mi niedobrze ze strachu.

Solennie,

naprawdę poważnie przyrzekam sobie, że ostatni raz wzięłam tyle godzin/nadgodzin/zajęć dodatkowych/pisania programów. Koniec, wystarczy, nigdy więcej takiego życia jak w więzieniu, od pracy do domu do pracy, całe, calutkie weekendy poświęcając na pracę, z przerwami na opiekę nad Mo. Ani na spacer całą rodziną, ani do kina, ani w gości – w gości chodzę ja z dzieckiem, żeby dać Mi czas na uczenie się do studiów albo przygotowania do pracy.

Dziś były urodziny Mi, od miesiąca planowaliśmy, że sobie pójdziemy CAŁĄ RODZINĄ na spacer do parku, a potem do włoskiej knajpki i oczywiście nici, figa z makiem, null, niente. Nie mogliśmy sobie pozwolić na PÓŁ DNIA NIC NIEROBIENIA we dwójkę. Kto to słyszał o takim lenistwie. Staram się wymyślać zabawy w domu dla Mo, ale już dzisiaj mi powiedziała „mamusiu, ja już jestem zmęczona w domu, ja chcę iść do parku, do jelonków, albo do ogrodu’, na całe szczęście Adek w ramach prezentu dla ojca wziął ją na całe 40 minut na kopanie piłki w ogrodzie. W tym czasie jak przygotowywałam slajdy na jutro.

Problemem jest to, że Mi jest też przeokropnie zajęty, nasze weekendy zaczynają się zatem prawie-że-kłótnią, kto ma więcej na poniedziałek i kto w takim razie zaczyna robotę od rana. Bo wiadomo – jak rano się zacznie, to potem nie ma się takiego stresu, że się nie zdąży, więc ten, kto wygrywa na przechlapanie z robotą paradoksalnie łatwiej się z nią uwinie i może już wieczorem się trochę wyluzować, z poczuciem, że znowu pchnął sprawy do przodu. A przegrany siedzi do jedenastej w nocy i ściuboli, nie mogąc się ze stresu skoncentrować.

Problem wynika częściowo z tego, że zostałam zaproszona do pisania programów nowego kursu, taki mnie zaszczyt kopnął, który oczywiście z zaszczytem nie ma nic wspólnego, ale pozwala mieć po części kontrolę nad programem. Oznacza to, że mogę mieć coś do powiedzenia, jak będą chcieli wywalić w kosmos wszystkie moje ulubione przedmioty, zastępując je michałkami takim jak ‚Learning to Learn’ albo inne ‚Employment in Action’.

Ale przecież ludzie przeżywają więzienia/wywózki/wojny, a ja mam nie przeżyć nadmiaru roboty?

No przecież dam radę.

Ale po co. Muszę pamiętać na przyszłość- po co. I nie brać dodatkowych przedmiotów, bo dochodzę do wniosku, że kasa nie jest tego wyjałowienia życia warta.