i mam dzień przerwy!
Ale już dziś wieczorem nowa dostawa piętnastu, a jutro dwadzieścia. Każda na trzy tysiące słów, czyli dziesięć stron, no, może dziewięć czyli 315 stron. Czy już ktoś mnie żałuje? Komu komu, bo idę do domu, 315 stron kiepskiego angielskiego, nudnych epistoł o polityce społecznej?
I jak tu się dziwić, że już nie czytam dla przyjemności.
Ale dziś Mo była na urodzinach najlepszej przyjaciółki, Aoify (Ify). Tej, która zmieniła przedszkole, której bolesny brak w grupie starszaków jest obecnie źródłem wielu tak zwanych rozkminek. Napisałam zatem do mamy Aoify dziesięć dni temu, czy dziewczynki mogły by się spotkać, bo Mo strasznie tęskni, na co mama odpisała mi, że A. będzie miała niedługo urodziny, hurraaa! I tak od dziesięciu dni miałyśmy nowy zestaw pytań, czyli ‚Czy dzisiaj idziemy na Aoify urodziny?’ i ‚To kiedy idziemy na Aoify urodziny’, ale oczywiście nie znaczy to, że kiedy kupiłyśmy Aoifie prezent (wybrany przez Mo) obyło się bez płaczu i ‚nie chcę dać Aoifie tego prezentu!’, ‚Ja też chcę taki prezent!’, ‚Tak, chcę go teraz otworzyć i nie pojść na Aoify urodziny!’.
Ale jakoś sobie poukładała w końcu w głowie – przy dużym udziale umoralniających zabaw z lalkami – że jak chce się dostawać prezenty, to trzeba również je dawać: otóż lalka Jasmine nie chciała dać prezentu urodzinowego lalce Mo, której to Mo było z tego powodu przykro. Lalka Jasmine płakała i zamknęła sie w domu z prezentem, w wyniku czego nie poszła na urodziny lalki Mo, podczas gdy wszystkie inne lale – Aoifa, Elsa i Anna – świetnie się tam bawiły i dostały tort. I żelki.
Urodziny były na sali zabaw i trwały dokładnie dwie godziny sześć minut;) Ale przez godzinę minut trzydzieści dziewczynki biegały tak szybko, że prawie ich nie było widać.
A to jedna z nielicznych chwil, kiedy stały w miejscu:

(Zdjęcie będę musiała później ściągnąć).