Praca pożera mi każdą wolną chwilę, naprawę w życiu nie spodziewałam się, że stanę się takim pracusiem. Zwłaszcza, że jak wchodziłam na rynek pracy to było 20% bezrobocia. W każdym razie wszyscy, którym mówię ‚poniedziałki mam wolne, a we wtorki idę do szkoły na dwie godziny’ to mi zazdroszczą i nawet sobie nie wyobrażają, że tak naprawdę to pracuję cały czas. Nawet teraz, w piątek wieczorem. Nie mówiąc już o sobocie i niedzieli.
Powtarzam sobie, że jeszcze tylko półtora roku, Mi skończy studia i będzie łatwiej. Nie będziemy potrzebowali tyle pieniędzy (rok studiów magisterskich to 9 tys. euro, tutaj się zawsze płaci za magisterki). Ale teraz nie ma wytchnienia. Najbardziej wykańczają mnie eseje, wypociny, wypracowania.
Oprócz zwykłej pracy mamy dodatkowo dwie rewizje programów i trzeba namnożyć różnistych dokumentów. Przyrzekłam sobie, że nie będę narzekać, bo bardzo źle by było, gdyby te kursy zostały wygaszone, co automatycznie się dzieje po pięciu latach, jeśli się od nowa nie wystąpi do instytucji nadającej uprawnienia do prowadzenia studiów. Nie narzekam zatem.
Ale taka intensywna praca wyjaławia. Wysysa wszelką inwencję i twórcze podejście do życia. Szczególnie, że w mojej dużo czasu zajmuje mi pisanie. I czytanie setek źle napisanych wypracowań. Po takiej dawce złej literatury język mi kwadracieje i sama zaczynam pisać prostokątnie.
Kończę terapię za cztery miesiące. Termin ustalony. Tak, naprawdę można skończyć terapię, sama jestem zdziwiona. Doszłam do tego uczucia, że to naprawdę wszystko. To już koniec. Krążymy wokół tych samych tematów, rozmowa jest przeważnie miła i relaksująca a dramatów już nie ma. Czas się zbierać. A pieniądze zaoszczędzone zainwestuję w samochód:)
Adek kończy studia w czerwcu. Mo zaczyna szkołę we wrześniu.
Młodszy brat będzie miał trzecie dziecko!
Idzie wiosna, a moje sto krokusów, narcyzów i tulipanów już wyłazi spod ziemi.
A co u Was?