No właśnie, czemu Ifa zmieniła przedszkole?

Spadło to na nas jak grom z jasnego nieba, w styczniu, zaraz jak tylko wróciliśmy z Pl.

NIE MA IFY! Gdzie moja Ifcia! Czemu nie ma Ify? Może jest chora? Nie, nie ma jej. Zmieniła przedszkole!!!!

Jest to największa tragedia czteroletniego życia. Nie ma Ifci!

Dlatego pogratulowałam sobie, że jeszcze w listopadzie wzięłam nr telefonu do mamy. Dziewczynki miały się spotkać na zabawę, ale się rozchorowały i tak albo jedna albo druga w kółko, albo coś nam, lub znowu Ify rodzicom nie pasowało. Ale teraz postanowiłam działać szybko i napisałam do mamy Ify, że Mo tęskni, że codziennie się pyta, że chciałaby się spotkać. I tak zostałyśmy zaproszone na wczorajsze urodziny, na których okazało się, że jest tylko rodzina Ify. Mama, tata, bracia, ciocie, dwaj wujkowie, kuzyni, kuzynki, babcia z dziadkiem. I my O_O.

Zapytałam się tam o zmiane przedszkola i dostałam od mamy i taty Ifci dwie różne wersje;) Tato powiedział mimochodem, że były jakieś problemy z przedszkolem, a że Ifcia i tak miała iść do szkoły podstawowej bliżej domu, a oni dość daleko mieszkają, to zdecydowali się zmienić przedszkole już teraz. Mama Ifci powiedziała, że dali ją do przedszkola irlandzkiego, z którego dzieci później idą do tej właśnie szkoły, żeby się Ifcia socjalizowała już z tymi dziećmi i po irlandzku. Bo będzie chodziła do Irlandzkiej szkoły.

W Irlandii bowiem mówi się głównie po angielsku, w języku kolonistów, którzy podbili Irlandię 700 lat temu. Większość ludzi nie potrafi mówić po irlandzku, pomimo, że jest on oczywiście przedmiotem obowiązkowym w szkole. Ale nie jest pierwszym językiem dla Irlandczyków, choć oczywiście są jeszcze rejony, gdzie mówi się w domu po irlandzku – na zachodzie, w tak zwanym Gaeltacht areas, proszę bardzo:

Image result for gaeltacht areas"

Na 4.75 mln ludzi po irlandzku mówi w domu jedynie 60 tys., choć już są najnowsze badania, że nawet na tych terenach nastolatki już lepiej mówią po angielsku, bo na co dzień korzystają z Internetu i angielskich mediów.

Są oczywiście szkoły w których się uczy po irlandzku i są one dość popularne i przeważnie bardzo dobre. I właśnie Ifcia będzie chodzić do takiej szkoły.

A język irlandzki, czyli celtycki, Gaelic, jak tutaj mówią, jest bardzo trudny. Nie przypomina żadnego znanego mi języka – brzmi trochę jak język elfów;) Podobno to też indo-europejski, ale gramatyka jest zupełnie odjechana.

Sprawdziłam wszystkie prace

i mam dzień przerwy!

Ale już dziś wieczorem nowa dostawa piętnastu, a jutro dwadzieścia. Każda na trzy tysiące słów, czyli dziesięć stron, no, może dziewięć czyli 315 stron. Czy już ktoś mnie żałuje? Komu komu, bo idę do domu, 315 stron kiepskiego angielskiego, nudnych epistoł o polityce społecznej?

I jak tu się dziwić, że już nie czytam dla przyjemności.

Ale dziś Mo była na urodzinach najlepszej przyjaciółki, Aoify (Ify). Tej, która zmieniła przedszkole, której bolesny brak w grupie starszaków jest obecnie źródłem wielu tak zwanych rozkminek. Napisałam zatem do mamy Aoify dziesięć dni temu, czy dziewczynki mogły by się spotkać, bo Mo strasznie tęskni, na co mama odpisała mi, że A. będzie miała niedługo urodziny, hurraaa! I tak od dziesięciu dni miałyśmy nowy zestaw pytań, czyli ‚Czy dzisiaj idziemy na Aoify urodziny?’ i ‚To kiedy idziemy na Aoify urodziny’, ale oczywiście nie znaczy to, że kiedy kupiłyśmy Aoifie prezent (wybrany przez Mo) obyło się bez płaczu i ‚nie chcę dać Aoifie tego prezentu!’, ‚Ja też chcę taki prezent!’, ‚Tak, chcę go teraz otworzyć i nie pojść na Aoify urodziny!’.

Ale jakoś sobie poukładała w końcu w głowie – przy dużym udziale umoralniających zabaw z lalkami – że jak chce się dostawać prezenty, to trzeba również je dawać: otóż lalka Jasmine nie chciała dać prezentu urodzinowego lalce Mo, której to Mo było z tego powodu przykro. Lalka Jasmine płakała i zamknęła sie w domu z prezentem, w wyniku czego nie poszła na urodziny lalki Mo, podczas gdy wszystkie inne lale – Aoifa, Elsa i Anna – świetnie się tam bawiły i dostały tort. I żelki.

Urodziny były na sali zabaw i trwały dokładnie dwie godziny sześć minut;) Ale przez godzinę minut trzydzieści dziewczynki biegały tak szybko, że prawie ich nie było widać.

A to jedna z nielicznych chwil, kiedy stały w miejscu:

(Zdjęcie będę musiała później ściągnąć).

Zjadacz czasu

Praca pożera mi każdą wolną chwilę, naprawę w życiu nie spodziewałam się, że stanę się takim pracusiem. Zwłaszcza, że jak wchodziłam na rynek pracy to było 20% bezrobocia. W każdym razie wszyscy, którym mówię ‚poniedziałki mam wolne, a we wtorki idę do szkoły na dwie godziny’ to mi zazdroszczą i nawet sobie nie wyobrażają, że tak naprawdę to pracuję cały czas. Nawet teraz, w piątek wieczorem. Nie mówiąc już o sobocie i niedzieli.

Powtarzam sobie, że jeszcze tylko półtora roku, Mi skończy studia i będzie łatwiej. Nie będziemy potrzebowali tyle pieniędzy (rok studiów magisterskich to 9 tys. euro, tutaj się zawsze płaci za magisterki). Ale teraz nie ma wytchnienia. Najbardziej wykańczają mnie eseje, wypociny, wypracowania.

Oprócz zwykłej pracy mamy dodatkowo dwie rewizje programów i trzeba namnożyć różnistych dokumentów. Przyrzekłam sobie, że nie będę narzekać, bo bardzo źle by było, gdyby te kursy zostały wygaszone, co automatycznie się dzieje po pięciu latach, jeśli się od nowa nie wystąpi do instytucji nadającej uprawnienia do prowadzenia studiów. Nie narzekam zatem.

Ale taka intensywna praca wyjaławia. Wysysa wszelką inwencję i twórcze podejście do życia. Szczególnie, że w mojej dużo czasu zajmuje mi pisanie. I czytanie setek źle napisanych wypracowań. Po takiej dawce złej literatury język mi kwadracieje i sama zaczynam pisać prostokątnie.

Kończę terapię za cztery miesiące. Termin ustalony. Tak, naprawdę można skończyć terapię, sama jestem zdziwiona. Doszłam do tego uczucia, że to naprawdę wszystko. To już koniec. Krążymy wokół tych samych tematów, rozmowa jest przeważnie miła i relaksująca a dramatów już nie ma. Czas się zbierać. A pieniądze zaoszczędzone zainwestuję w samochód:)

Adek kończy studia w czerwcu. Mo zaczyna szkołę we wrześniu.

Młodszy brat będzie miał trzecie dziecko!

Idzie wiosna, a moje sto krokusów, narcyzów i tulipanów już wyłazi spod ziemi.

A co u Was?

Siedzę cichutko w dużym pokoju

u moich rodziców. Siedzę na łóżku, rozkładanej sofie, Morinka śpi obok, Adek w górach, Mich wrócił już do Irl. Sprawdzam prace studentów. Zza zamkniętych drzwi słychać ciche odgłosy mycia naczyń przez mojego ojca.

Czuję się bezpiecznie, czuję się w centrum wszechświata. Czuję, że tu właśnie mam prawo być ja, mam niezabieralne prawo zajmować przestrzeń, siedzieć, mówić i milczeć. Żyć. Być.

Dobrze jest mieć jeszcze rodziców jak jesteśmy dorośli, można na chwilkę poczuć to bezwarunkowe bezpieczeństwo i akceptację. Nawet, jak krytykują, to nie jest to krytyka taka, że lepiej żeby nas nie było. Dobrze jest mieć rodziców, można powiedzieć swojej córeczce ‚ Posuń się chudasie, to jest MOJA mamusia!’

Mama wygląda już jak staruszeczka, nie jak starsza pani, co to jeszcze parasolką zdzieli po głowie, ale jak przygarbiona staruszeczka. Ale jakoś funkcjonuje, jest lepiej niż było dwa miesiące wcześniej. Dwa miesiące temu moja siostra uratowała jej życie, zawołała lekarza do domu i zawiozła ją na pogotowie, gdzie okazało się, że mama ma dziesięciokrotnie przekroczone stężenie leku rozrzedzającego krew. Mogła się wykrwawić, mogła mieć wylew krwi do mózgu, mogło już jej nie być. Piszą, że jednym z czynników wpływających na długowieczność są kontakty społeczne, bo bliscy wyłapią ten malutki szczegół, to małe pół tabletki, które człowieka dzieli od śmierci. Nikt mojej mamie nie kontrolował stężenia leku we krwi, po zmianie leku miała zrobić badanie, ale odłożyła na później, potem zapomniała, a potem wylądowała w szpitalu. Od paru miesięcy nie mogliśmy odkryć co się dzieje, jeszcze na wakacjach czuła się dość dobrze, potem zaczęło ją swędzieć całe ciało, nogi zaczęły puchnąć, woda zbierać się pod skórą. Była przez tydzień w szpitalu na oddziale dermatologii, gdzie nasmarowali ją sterydami i wypuścili do domu. Potem lekarze straszyli ją rakiem, bo takie dziwne objawy. A to przedawkowany lek na rozrzedzenie krwi, lek, który oprócz przedawkowania wywołał jej również alergię. I żaden lekarz nie skontrolował poziomu leku we krwi, żaden nie skojarzył, że słoniowate nogi to przez wewnętrzne krawienie.

Ale teraz jest dobrze, choć fizycznie bardzo się postarzała. Wygląda jak zasuszona staruszeczka z japońskich bajek, co to już ledwo chodzi, ale jeszcze dogaduje. Trochę się z nią się sprzeczam, czepiam się jej, prowokuję ją, bo emocje dyskusji najlepiej przeciwdziałają popadaniu w starczy stupor. Widzę też, że dobrze jej robi przyjazd Morinki, ożywia ją, energetyzuje. Mama ma bardzo sprawną pamięć, choć do myślenia miałabym zastrzeżenia – jest bardzo konserwatywna i popiera kościół. No ale cóż, nie można za wiele wymagać od człowieka, który przeżył wojnę;)

Tato lepiej funkcjonuje, choć pamięć krótkotrwała szwankuje mu bardziej. Często zapomina gdzie co położył lub schował, ale jest dużo bardziej sprawny fizycznie. No i nadal bardzo interesuje się światem, a już szczególnie Rosją. Słucha rosyjskich audycji i dużo czyta, ma swoje oryginalne teorie na przykład na temat powstania języków i archeologii.

Ech, dobrze jest mieć rodziców.