Wigilia.

To już trzecia Wigilia w nowym domu. Jest po prostu pięknie. Spokój, jaki daje własny dom jest nie do wyobrażenia.

Nie odzywałam się, bo powaliła mnie para-grypa, tak myślę, że para, bo przecież się szczepiłam 0_0. Od niedzieli 39 stopni, na szczęście trochę działał ibuprofen. Zawsze w święta choruję, organizm jest tak przemęczony semestrem, że rozkłada się w pierwszym wolnym terminie – chyba zacznę chorowanie wpisywać do kalendarza. Ale już się czuję lepiej i najważniejsze, że psychicznie też – wygląda na to, że strachy rosną proporcjonalnie do wykończenia organizmu.

Ale porządki zaczęłam na szczęście zaraz jak tylko skończyłam pracę, czyli w zeszły czwartek, i aleluja! Pan już może przyjść skontrolować moje okna.

No photo description available.

Lubię mieć okna umyte na święta, bo potem już nigdy nie mam na to czasu aż do lata.

Więc w czwartek okna, Mo w tym czasie już rosła sobie gorączkę w naszym łóżeczku, w sypialni na górze; mąż w tym czasie pisał esej. Jeszcze dzień wczesniej, w środę, przyjaciele podrzucili nam Liama do opiekowania się (miał podobno grypę żołądkową, ale już żadnych objawów, na szczęście). Liam jest cudnym trzyletnim chłopcem, ale urzęduje na spektrum autyzmu i powiem wam szczerze, że to jest po prostu przechlapane. Cały dzień oczy dookoła głowy, bo tak, jak Mo mogę w miarę przewidzieć, to Liam jest jak wolny elektron, to i tak duży sukces, że tym razem pogryzł tylko sześć jabłek, a nie gumowe piłeczki. Również pięć razy NIE strącił na siebie gorącej herbaty/wody/napoju, przebierałam go, bo polał się wodą (z gąbki, która leżała koło zlewu – któż by mógł przewidzieć?) tylko trzy razy. W końcu spacyfikowałam go Peppą i zaprawdę powiadam wam, bajki to zbawienie. Mąż oczywiście pisał esej, ale muszę uczciwie przyznać, że dał mi przez półtorej godziny odpocząć od dzieci. W piątek od południa (chciałam napisać od rana, ale jak ktoś wstaje 9.30 to może pisać ‚od rana’?;) machnęłam naszą sypialnię, czarny pokój i przedpokój na błysk, a przed tym 30 pompek, po raz pierwszy od nie-wiem-kiedy; mąż pisał esej. W sobotę odgruzowałam kuchnię (mąż pisał esej), nienawidzę sprzątać kuchni, w kuchni zawsze najwięcej się podziewa przydasi, co zaglądnę do szuflady, to rośnie już trzecie pokolenie. Pewno to znacie – sznurki, pokrywki, plastikowe zatyczki od nie-wiadomo-czego, nakładki na patyczki nie-wiadomo-do-czego, trzydzieści reklamówek i pięć taśm klejących (wtf?), na wpół spalone urodzinowe świeczki i pogniecione, papierowe, ozdobne spody do muffinek. Po pięciu szafkach i trzech szufladach człowiek jest nieżywy i nie chce mieć nic wspólnego ze światem rzeczy, duchowa kontemplacja i ubóstwo zaczyna wyglądać całkiem zachęcająco. Ale udało mi się tez delikatną perswazją zachęcić męża do pomalowania antygrzybiczną farbą ściany pod zlewem i zamontowania półek, które oparte o kaloryfer w kuchni czekały na ten wielki dzień od półtora miesiąca (pamiętacie jak nam się kran zepsuł?). Oprócz tego pisał esej.

W niedzielę już, już miałam iść na piwo (nareszcie jakieś szaleństwo!), ale rano przeczytałam męża esej i nagle zaczęłam się trochę kiepsko czuć, do wieczora urosłam sobie gorączkę, więc prawie cały dzień spędziłam w łóżku (mąż wprowadzał poprawki). Aaaa, stop, stop, ja sobie leżałam a MĄŻ Z MO ustroili choinkę.

A wczoraj wstałam z łóżka i zaraz położyłam się znowu, mąż pojechał do biblioteki a my z Mo pół dnia w łóżeczku. Ona bajki, a ja drzemałam, i tak do 13. Potem już było lepiej, tak, że na ibupromie skończyłam sprzątać duży pokój i nastawiLIŚMY Z MĘŻEM bigos. Bigos jest po prostu rewelacyjny, wegański, taki, że nasza znajoma Amerykanka (w zeszłym roku) powiedziała, że w życiu nie jadła nic takiego pysznego.

Uff, aż się znowu zmęczyłam tym pisaniem;)

Ale za to dziś już spokojnie, rano tylko machnęłam śledzie i trochę uszek (z mężem;), potem napisałam 12 kartek dla moich sąsiadów, jeszcze tylko barszcz i ciacho wegańskie i voila! Świętujemy.

Muszę tylko Mo oderwać od bajek, bo przez te choroby to się rozbisurmaniła.

A sweterek dla Mo wygląda tak:

A teraz moje miłe

Życzę Wam wszystkim cudownych, spokojnych, szczęśliwych świąt. Z rodziną, czy bez, w domu, czy na końcu świata, życzę Wam poczucia, że to wszytko ma sens. I że dobro zwycięży. I że warto.