Stres. Przeziebienie. Ponury swiat. Bardzo smutna diagnoza przyjaciela.

Wszystko to uruchomilo mi, po raz kolejny, hipochondrie. A zatem wsluchuje sie w swoje pluco, wczuwam sie w swoje oskrzela, odkasluje, odchrzakuje, wypluwam. Boli mnie tam, gdzie zwykle. W tym przekletym miejscu, ktore zawsze pierwsze choruje i ostatnie zdrowieje. Przemawiam sobie do rozumu, ze przeciez przeziebienie, ze przeciez tydzien temu zupelnie stracilam glos, a jest juz tak duzo lepiej. Przemawiam sobie do uczuc, ze przeciez wszytko jest dobrze, ze zyje, ucze, jezdze na rowerze, codziennie 12 km w deszczu, zawiejach i zimnie. Ale zadno z nich nie chce mnie sluchac. A zatem pochrzakuje, pokasluje, odkrztuszam. I znowu i znowu. I znowu.

Boje sie. Przyjaciel jest w moim wieku, za wczesnie, cholera, za wczesnie. Z calej naszej siedmioosobowej brygady na studiach dwie osoby nie zyja, jedna sie psychicznie nie ma za dobrze, a teraz kolejny przyjaciel dostaje taka diagnoze na twarz.