Posadziłam 150 tulipanów i narcyzów. Większość w doniczkach, pięćdziesiąt w ziemi.
Mo znowu chora, te jesienie i zimy to co dwa tygodnie infekcja. Tym razem wczoraj – o dziesiątej rano piękne słońce i dziesięć stopni, więc rzuciłam się do sadzenia, Mo wyszła ze mną na ogród, wytrzymała godzinę i powiedziała, że jej zimno. Potem po obiedzie domagała się drzemki i zasnęła, kiedy Mich ją pobujał (do dziś uwielbia tak zasypiać, na rączkach). Obudziła się po 30 minutach, dotknęłam jej czoła i oczywiście. 39.5. Wysoka gorączka całą noc, o trzeciej rano dałam jej trzecią dawkę paracetamolu, rano było dobrze. A teraz znowu rośnie. W przedszkolu szkarlatyna. Zobaczymy.
Przycięliśmy drzewo w ogrodzie i nie wiem, czy to był dobry pomysł. Sąsiad narzekał, że za dużo cienia, mi też brakowało tego słońca w ogrodzie – nie było miejsca na grządki. Ale teraz drzewo takie łyse, pokaleczone. Pewno trochę odrośnie, ale już nigdy nie będzie miało takiego ładnego kształtu.
W pracy zawirowania i zmiany. Z dwóch kursów, na których uczę najwięcej, jeden wygaszają, a drugiego losy właśnie się ważą. Jeśli i on padnie, to nie wiem, czego i gdzie będę uczyć, zostanie mi parę godzin dosłownie. Ale to może właśnie jest to okno, co się otwiera, a ja tylko widzę zamknięte drzwi;)
Tym bardziej się cieszę z tych studiów Mi, bo dadzą nam duże bezpieczeństwo finansowe. Za półtora roku. Jak wszystko pozalicza. Na razie panikuje, bo ma jutro egzamin z trzech przedmiotów.
Magnolia ma już duże pączki. Mam nadzieję, że jej nie wymrozi.
Adek ma egzaminów pięć w tym tygodniu. Mo chora. A ja się cieszę, bo to już ostatni tydzień w tym semestrze. Jeszcze tylko do sprawdzenia 20 esejów, 27 godzin wykładów i jeden webinar. I już.
Niektóre narcyzy już wychodzą z ziemi.
Brak czasu w tym semestrze jest naprawdę nie do wybrażenia. Każdy weekend był zabrany przez studia Mi, eseje, przygotowania do egzaminów. Od września nie był z nami ani razu na zwykłym spacerze, w parku, nigdzie. (O przypomniało mi się, był raz z nami w galerii podczas ferii listopadowych). Mo w soboty i niedziele była przeważnie na mojej głowie, w której jeszcze musiałam pomieścić przygotowanie do zajęć i sprawdzanie prac. W tygodniu, dwa dni jestem w szkole od dziesiątej rano do dziesiątej wieczorem, moją Mo widzę tylko przez pół godziny przed wyjściem do pracy. Miałam dni, kiedy miałam zajęcia przez dziewięć godzin bez przerwy, zmieniałam tylko klasy i budynki, w drodze, na rowerze łykając kanapkę. Wracałam o 22.30 i musiałam sprawdzić co najmniej jedną pracę, bo ‚się nie wyrobię’. A jeszcze obiady (domowe, żeby było zdrowo), posprzątanie huraganu po dzieciach (cztero i dwudziestoletnim), pranie, naczynia, przygotowanie ubrań do pracy i ogólne ogarnięcie życia domowego.
Moja jedyna malina nadal owocuje:)
Ale wszystko jest dobrze, dopóki się nie stresuję. Dopóki śpię w miarę dobrze i mam ochotę do życia, patrzę na słońce i lubię moją pracę. Jak tylko zaczęłam się denerwować, że nie dam rady, że nie wyrobię się z terminami sprawdzania prac, jak przestałam spać, a w żołądku poczułam znajomy ciężar, jak zaczęło być mi niedobrze, a życie zaczęło się wydawać niezbyt zabawne, to zaraz się rozchorowałam. A chorować oczywiście nie mogę, bo przez tygodniową chorobę w takim okresie tracę dwa tysiące.
Kompost się zrobił i pachnie ziemią. Ostały się tylko skorupki od pistacji i pestki od mango.
Musiałam zatem prędko porozmawiać ze sobą i na nowo ustawić priorytety i zrozumieć, że mogę mieć terminy w dupie. Więc mam. Poprosiłam o dodatkowy tydzień w jednej pracy, o dwa tygodnie w drugiej. Oczywiście się zgodzili, bo im i tak poszłam wcześniej na rękę, że robię robotę za kogoś innego.
Dlatego nie piszę. Nawet nie mam siły składać zdań z literek, po dziewięciu godzinach układania zdań w obcym jednak języku.
Ale już niedługo.
Fuksja jeszcze kwitnie.
Patrzę teraz pozytywnie na rzeczywistość: za dwa lata może w ogóle nie będę pracować;D