Grudniowy zimny dzień (jak na Irlandię, oczywiście). Ostatni dzień zajęć w tym semestrze, na które bardzo, bardzo, bardzo nie chciało mi się przygotowywać. Niby tylko dwie godziny, ale zawsze to praca. A jeszcze rano wpisywanie ocen, jakieś pracowe maile, odpowiedzi, słowem – normalny dzień. Ale skończyłam szybciej – była tylko jedna studentka (wiesz, Holly, jak musisz szybciej wyjść, to ja to rozumiem… Holly z uśmiechem: Nieee, proszę pani, z chęcią zostanę), ale w końcu i tak puściłam ją 15 minut wcześniej. Już się bardzo spieszyłam do sklepu w włóczkami, bo Mi poprosił mnie jeszcze, żebym odebrała Mo (po drodze, bo on musiałby specjalnie jechać), więc żeby zdążyć, musiałam się spieszyć. No dobra, szybciej, szybciej, wzywały mnie guziczki i włóczki. Po wielu bowiem miesiącach skończyłam sweterek dla Mo i musiałam, po prostu MUSIAŁAM kupić i przyszyć guziczki. Dzisiaj.
Zatem, jak już wiemy, bardzo się śpieszyłam. Ale muszę wam na marginesie powiedzieć, że jakbym się nie śpieszyła to zrobiłabym zupełnie, ale to zupełnie tak samo, bo – no cóż – już taka jestem. Ale żeby prawdzie stało się zadość musimy się zgodzić, że tym razem się śpieszyłam, wybiegłam więc ze szkoły, podjechałam ten malutki kawałeczek uliczkami starego Dublina, który zachwycająco wygląda po zmroku, minęłam po lewej park i katedrę, cudnie podświetloną, a po prawej przepiękne budownictwo socjalne z początków 20 wieku („Each living room possessed a substantial kitchen range, food cupboard, coal bunker and a dresser. All bedrooms were fitted with stoves and cupboards”!), odetchnęłam świeżym, mroźnym, zimowym powietrzem, wyminęłam samochody stojące w korku i świątecznie rozbawione tłumy i wjechałam w bramę, jeszcze tylko do góry po kocich łbach i już byłam na Francis Street, gdzie właśnie znajduje się to niewielkie królestwo dla małych dziewczynek i dorosłych kobiet. Rower zostawiłam na ulicy, niedaleko sklepu, przypięty do samego siebie i oparty o ścianę, bo przecież się śpieszyłam. Bo tylko na parę minut. Ale gdybym się nie śpieszyła, zostawiłabym go zapewne zupełnie tak samo. Znacie mnie.
W sklepie spędziłam może pięć minut, choć oczywiście po wyjściu okazało się, że ze dwadzieścia (kupiłam jeszcze przepiękną bawełnę na nowy sweterek), bo wchodzi się tam jak do nory królika, która z zewnątrz wygląda całkiem malutko, a w środku mieści się tysiąc komnat i jeszcze trochę. Możecie sobie to wyobrazić, tylko z włóczkami i guziczkami zamiast komnat. A zatem po pięciu dwudziestu minutach, oszołomiona kolorami, fakturami, splotami i przepięknymi wzorami opuściłam czarodziejską krainę i znalazłam się w ciemnej, zimowej rzeczywistości.
…
?
…???
Roweru nie było.
Nie mogłam w to uwierzyć.
Pochodziłam jeszcze w tę i z powrotem, zaglądnęłam w boczną uliczkę, ale na próżno. Wiał wiatr i zrobiło się naprawdę zimno. Pomyślałam, że muszę zadzwonić do Mi, żeby odebrał Mo z przedszkola i wtedy zorientowałam się, że telefonu też nie mam.
…
…
Hmmm…
Aaaa!
Zostawiłam w szkole!
Dobrze, to muszę się jak najszybciej dostać do szkoły. To z powrotem, kocimi łbami w dół, przez bramę i ulicę, oświetlona katedra i park tym razem po prawej, budownictwo socjalne po lewej. Do góry, byle szybciej. Boże, na rowerze byłoby 5 minut, a tak… Znowu przez ulicę, znowu kocie łby, ludzie, mnóstwo ludzi na ulicach, gdzie oni tak łażą po nocy, cholera jasna! Szybciej. Wpadłam do szkoły, szybko, szybko, po schodach na trzecie piętro, cholera, światło się świeci, ktoś już jest w klasie. Nic to, wchodzę. Aaaaa, to ja nie zgasiłam światła! Telefon jest, uff.
Dzwonię do Mi, nie odbiera, do Adziarza, super, jest w domu. Jest dokładnie 17.30, czas, kiedy Mo musi być odebrana z przedszkola. Adek, powiedz tacie, że rower mi ukradli i musi pójść po Mo. Rozłączyłam się, teraz telefon do przedszkola. Bla bla bla, będzie później. Uff.
No nic, trzeba ruszać do domu, ale postanowiłam jeszcze raz sprawdzić okolice Francis Street. Może rower ktoś po prostu przestawił, bo mu przeszkadzał? Może ktoś coś widział? Pędzę więc z powrotem. Na ulicach tłumy, po kiego grzyba ci ludzie tak chodzą? Biegnę. Przebijam się. Zapominam, że jestem człowiekiem, a nie rowerem – ruszam na zielonym dla samochodów. Zatrzymuję sama siebie. Po prawej cholerne budownictwo socjalne, po lewej katedra, niby oświetlona, ale ciemno jak w … Ulica. Brama (co tu tak ciemno?). Kocie łby (cholerne kocie łby! Nogę można sobie skręcić). Wreszcie jest. Francis Street. Ale roweru nie ma. Jak go nie było, dalej nie ma. A może gdzieś indziej zostawiłam, tylko zapomniałam? Nie no, na pewno tutaj. Zastanawiam się, czy go zapięłam, tak, chyba tak, zawsze to robię. No, chyba, że nie. Kurcze blade. Porozglądam się jeszcze trochę, bo co mam do roboty. Ten czarny samochód dostawczy wygląda podejrzanie, pewno pan się wkurzył, że mu zastawiam chodnik i zgarnął do samochodu. No ile to roboty. Ech ci ludzie…, przychodzą mi na myśl słowa poety. No nic, przejdę się jeszcze do końca ulicy i wracam. O, jest jakaś para na rowerach …. eeee, mają swoje. Powiedzieć im, żeby tu nie zostawiali, że kradną? Eeee, chyba odjeżdżają. Oooooo, tam na końcu ulicy stoją jakieś rowery oparte o barierki, może ktoś go po prostu przestawił, żeby dać mi nauczkę? Zobaczę je jeszcze i wracam, trzeba iść do autobusu. Eeee, nie, to na pewno nie mój, nie ma koszyka. Odwracam się i cofam i nagle zerkam w głąb oświetlonej klatki schodowej…. Nie chcę wierzyć, znowu zerkam…
I zerkam…
I zerkam…
???
??!!!
Znalazł! Jest! Okazało się,
że jakiś pieprzony złodziej zabrał go z ulicy i wstawił sobie do klatki schodowej 30 metrów dalej. Może poszedł po piłkę do metalu, bo jak wiecie rower był przypięty do samego siebie. A może miał inny plan. Brama wejściowa w każdym razie zamknięta, dzwonię pod pierwszy numer i jakaś miła pani mi otwiera, choć moja historia brzmi dość nieskładnie.
Wchodzę do bramy, ręce mi się trzęsą, myślę sobie, że jeszcze ten złodziej jest gotów walnąć mnie w głowę, albo zabrać mi kluczyk do zamka i odebrać MÓJ ROWER jego prawowitej właścicielce, czyli mnie. I jak udowodnię przypadkowym świadkom, że to jest moja własność? Odpinam zamek, ręce mi się trzęsą coraz bardziej, szybciej, żeby nie zdążył wyjść z mieszkania.
Wreszcie otwieram bramę. Wychodzę.
Mijam sklep z włóczkami. Jest jakaś godzina później, mam rower i komórkę.
To się nazywa sukces!