Mam dzisiaj taki dzień marudzenia

że sama ze sobą nie wytrzymuję. Na szczęście nikt inny nie musi, oprócz najmłodszego dziecka, które bardzo uprzejmie zajmuje się cały dzień bajkami.

Nie marudzę zatem, no, chyba, że w duchu i pod nosem, bo nawet nie mogłabym sama siebie słuchać. Najmłodsze jest chore, więc też nie mogę obniżać jej nastroju.

A najgorzej, że nie mam na co marudzić, oto bowiem cały dzień leżę w domu, w łóżeczku, z najmłodszym chorym. Nawet obiad jest ugotowany.

Kusi mnie pewna propozycja pracowa, która jeszcze nie została postawiona, a ja ją już rozkminiam i nawet odmówiłam. Co się ze mną dzieje. Mam bowiem wrażenie, że moja (nielubiana i leniwa) koleżanka z pracy nie wróci ze zwolnienia przed pójściem na macierzyński. Na razie nie ma jej dwa tygodnie i wzięłam duuużo zastępstw za nią, co daje mi w sumie 30 godzin tygodniowo wykładów i ćwiczeń. Plus drugi uniwerek. Nawet zważywszy na to, że część zajęć to takie łatwe michałki, to i tak przecież muszę COŚ przygotować. A weekendy mam zupełnie wyjęte, bo Mi potrzebuje każdej wolnej chwili na pisanie esei i uczenie się do egzaminów.

No i tak. Szybka kalkulacja jest taka: za jeden dodatkowy przedmiot po trzy godziny tygodniowo przez cztery tygodnie zarobię trochę mniej niż tysiąc euro brutto. Chcę wziąć dwa, kusi mnie trzeci. To w końcu tysiak – będzie na studia Mi. Ale się zajeżdżę. Od rana do wieczora, bo jeszcze mam 57 esejów do sprawdzania w ciągu 3 tygodni. No i rozkminiałam i rozkminiałam, bo człowiek jest chciwy, ale zdecydowałam się nie brać. Z tego wszystkiego napisałam do managerki, że jakby co, to ja tylko wezmę dwa, a ona mi pisze, że nic jeszcze nie wie;) No oczywiście, że nie wie, bo moja (leniwa i niefajna) koleżanka to zawsze wszytkich trzyma w niepewności do ostatniej chwili. Choć oczywiście mi w mailu pisała, że będę musiała sprawdzić eseje studentów za nią (które mają składać niby już kiedy ma wrócić).

No dobrze zejdę z niej, bo może ma ciężko. Cukrzyca ciążowa i milion dolegliwości. Nawet nie to, że jestem na nią zła, bo się już przyzwyczaiłam do olewactwa i udawania, że coś się robi – np. dzielimy jeden przedmiot egzaminacyjny, więc na każdego wypada pięc pytań i odpowiedzi, na które miała DWA MIESIĄCE. Nie napisała ich i odeszła na zwolnienie w dniu, w którym miały być oddane. Oczywiście. Jest to ta sama osoba, która w zeszłym roku WYMYŚLIŁA teorię na egzamin, nie żartuję, pomieszała nazwiska i teorie w pytaniu egzaminacyjnym. I jeszcze udawała, że ma rację, nigdy za to nie przeprosiła i powiedziała moderatorce, że ‚A. (czyli ja) nie chce z niej zejść’ i to jest takie wkurzające. Moderatorka delikatnie poprosiła ją o zmianę pytania, bo nie chciała robić afery. Ech. W sumie odpuszczam dziewczynie, nawet nie mogę być na nią zła w sumie, zupełnie obiektywnie jest bezczelną manipulatorką i kłamczuchą. Myślę sobie, że nie jest jej pewno fajnie w życiu, z takim bagażem kompleksów – bo inaczej po co by to robiła?

A dziś cały dzień pada…

poszłyśmy więc do galerii Sztuki Nowoczesnej.

Mo uwielbia tam chodzić, bo w podziemiach jest kawiarnia z kącikiem zabaw dla dzieci i zawsze tam wstępujemy na kawę i ciacho. I spotykamy inne dzieci, które też nie mają co robić w deszczowy dzień. A do tego w różnych innych salach jest sztuka i to najczęśćiej za darmo. Ale się nie spinamy – chodzimy zobaczyć eksponaty tylko wtedy, jak mamy na to ochotę. Czasem zobaczymy całą wystawę, a czasem tylko jedną sztukę i jest git. Mama zadowolona i Mo szczęśliwa. Dziś widziałyśmy czarny pokój z dziurkami światła i lustrami i czułyśmy się jak w środku drogi mlecznej. Było pięknie.

A wokół galerii jest park, o jak na zdjęciu. I nawet ogród z jabłuszkami i pewnego jesiennego dnia zerwałyśmy sobie nawet jedno zakazane czerwone jabłuszko. Bardzo było smaczne. Zupełnie jak w raju.

Ifcia i Zaczek

bardzo się lubią. Ifcię (po prawej) kupiłam dawno dawno temu w jakiejś ciucharni, a Zaczek przywędrował z Roztocza, od Iksi (jeszcze się nie odwdzięczyłam!). Mo ich ponazywała – tak, jak swoich najlepszych przyjaciół z przedszkola (ten kotek rzeczywiście przypomina Zaczka, ma taki sam zmeczono-łobuzerski błysk).