Wieczorna baja…

-…. mały misiaczek mógł przecież utonąć, martwiła się Mama Misiaczka…

-A co to znaczy utonąć?

-Umrzeć.

-Że już go nie będzie?

-Tak.

-I ja też nie będę?

I nagle ryk:

-Ja nie chcę nie być! Ja nie chcę umrzeć! Nie umrę, mamusiu?

-No teraz na pewno nie umrzesz.

-Nigdy nie umrę?

-Kiedyś umrzesz, każdy musi kiedyś umrzeć.

-I ty i tato i Adek też?

-Też, wszyscy umierają.

Jeszcze większy ryk.

-Ja nie chcę, żebyście umrali! Nie chcę!

-Każdy musi umrzeć, Mo. Każda żywa istota kiedyś musi umrzeć. Ale za to rodzą się nowe dzieci…

-Ja nie chcę! Nie chcę!

-Kochanie, umrzesz dopiero, jak już będziesz bardzo, bardzo stara.

-Taka stara jak babcia?

-Tak.

-Ja nie chcę, żeby babcia umarła teraz!!!

-Babcia teraz jeszcze nie umrze, jeszcze nie jest wystarczająco stara.

-To kto jest wystarczająco stary?

-Nie wiem, jacyś starzy ludzie.

-A ty znasz jakiegoś?

-No chyba nie.

-To nikt nie umiera?

-Nie no, ktoś umiera….

I tak dalej…

I tak wczoraj, przy zwykłej bajeczce odkryła przerażającą nieuchronność niebytu. A ma dopiero cztery lata. Płakała i płakała, nie mogłą się uspokoić. W końcu Mi ją ululał do snu, ale ja dalej nie wiem, jak takiemu małęmu dziecku mówić o śmierci, jak się nie wierzy w Boga.

Jednak chrześcijańskie dzieci mają łatwiej – jest jakiś Bóg, który się tobą zaopiekuje po śmierci. Jak będziesz grzeczny.