jest, wbrew pozorom, delikatne i łagodne. Pachnie, kołysze, szumi. I jest cieple! ale nie za gorące. Czułam się jak w wielkiej pierwotnej macierzy, wodach płciowych (już musiałam być bardzo zrelaksowana;) płodowych Ziemi.
Tydzień nad polskim morzem, kiedy wreszcie NIE PRACOWAŁAM, uspokoił mnie i ukoił. Odpoczęłam. Pomimo, że byłam właściwie z całą moją rodziną (mama, siostry, bracia, żony, mężowie i dzieci) nie było żadnych neuroz i afer. Kurcze, lubię moje rodzeństwo i to niezależnie od przeciwnych poglądów politycznych (ale od czego jest powolne saczenie smrodku dydaktycznego;). Chyba dawno tak nie miałam, żeby było mi zupełnie dobrze w zupie rodzinnej:)
