Jakoś tak ciągle na tych naszych wakacjach mamy coś do zrobienia, wychodzi na to, że są to raczej pół-wakacje, niż prawdziwe urlopowe wakacje.
Przez trzy dni byliśmy wolontariuszami na letnim obozie dla dzieci uchodźców i oprócz ogromnej satysfakcji, był to też niezły zapieprz. Nic dziwnego – prawie pięćdziesięcioro dzieci, stęsknionych biegania po dworze, bo przez ostatni miesiąc większość z nich była zamknięta w pokojach. W centrum dla uchodźców jest mały plac zabaw, ale administracja krzywo patrzy na dzieciaki ‚łobuzujące’ tam, więc rodzice, nie chcąc narażać się w najmniejszym nawet stopniu na odrzucenie wniosku, trzymają dzieciaki w pokojach.
Dzieci w wieku od dwóch do czternastu lat, niektóre po ciężkiej traumie, większość z jakimiś tam problemami, wszystkie przeżyły utratę i rozłąkę, choćby z najbliższą rodziną, która została w kraju. Niektóre nadaktywne, wyraźnie widać było, że ‚coś jest z nimi nie tak’, jeden chłopiec bardzo spokojny przez dwa dni, na trzeci dzień wpadł w szał taki, jakiego jeszcze nie widziałam. Dzieci spokojne, wycofane, bardzo grzeczne. Dzieci przytulające się do ciebie po pięciu minutach, po dziesięciu włażące ci na głowę, po dwudziestu nie do odklejenia od twoich pleców. Nie są tutaj same, większość ma rodziców odpoczywających w dusznych pokojach, ale ma się wrażenie, że czegoś im brakuje. Może spokoju, ufnej wiary, że będzie dobrze, zakorzenienia, dobrych przyjaciół i jasnej przyszłości.
Alishia, z którą zaprzyjaźniła się moja Mo, bo były w podobnym wieku. Alishia, która chciała iść siusiu, a byliśmy akurat w parku w ‚leśniej szkole’ i pójście do toalety to była prawdziwa wyprawa. Alishia, którą wręczyła mi inna wolontariuszka ze słowami ‚Ona chce siusiu, ale nie chce robić w krzaczki, ty masz też taką mała córeczkę, może ją przekonasz’. Poszłyśmy zatem do toalety i przekonywałam ją przez całą drogę, ale nie chciałam łamać jej niewzruszonego ‚nie’, bo jak mogłabym malutką muzułmańską dziewczynkę przekonywać, żeby sikała w parku pod krzaczkiem z obcą kobietą? Ale toaleta okazała się zamknięta, klucz był u organizatorki, która została w ‚leśniej szkole’ i nie miałam wyjścia. Przekonałam ją w końcu, że pójdziemy do naszego ‚secret place’, miejsca tylko dla nas, gdzie nikt, absolutnie nikt nas nie zobaczy, zobacz, schowaliśmy się tak, że hoho (na co Alishia wskazała na przechodzących spacerowiczów obok na ścieżce) i w tym sekretnym miejscu można właśnie robić siusiu. Jak? No zobacz, właśnie tak. Mo, ściągnij majteczki i pokaż Alishi. Ale mi się nie chce siusiu, mamusiu. No, ale spróbuj. Ale mi się nie chce! Mo była bliska płaczu. Cóż było robić – ściągnęłam majtki i kucnęłam. Alishia kucnęła koło mnie wyraźnie zainteresowana ‚Nie leci’. To ty spróbuj. I spróbowała:)
Od tego czasu nie odstępowała mnie na krok;)
A jutro raniutko lecimy do Polski:)
Zdjęć nie ma, bo mi się nie podobają takie, jakie umiem zrobić;) Ale może to nie ma znaczenia?