Przemyśliwuje

-Powiedziałam Ifie, że umrę – oznajmiła (prawie że mimochodem) wczoraj.

-Tak? – nie zna przecież po angielsku takiego słownictwa! – a jak jej to powiedziałaś?

-There will be no me.

Chwila ciszy.

-Myślisz, że Ifie będzie smutno?

-Na pewno byłoby jej bardzo smutno.

-Na pewno znajdzie sobie inną best friend – oznajmiła tak, jakby po prostu stwierdziła fakt.

Wieczorna baja…

-…. mały misiaczek mógł przecież utonąć, martwiła się Mama Misiaczka…

-A co to znaczy utonąć?

-Umrzeć.

-Że już go nie będzie?

-Tak.

-I ja też nie będę?

I nagle ryk:

-Ja nie chcę nie być! Ja nie chcę umrzeć! Nie umrę, mamusiu?

-No teraz na pewno nie umrzesz.

-Nigdy nie umrę?

-Kiedyś umrzesz, każdy musi kiedyś umrzeć.

-I ty i tato i Adek też?

-Też, wszyscy umierają.

Jeszcze większy ryk.

-Ja nie chcę, żebyście umrali! Nie chcę!

-Każdy musi umrzeć, Mo. Każda żywa istota kiedyś musi umrzeć. Ale za to rodzą się nowe dzieci…

-Ja nie chcę! Nie chcę!

-Kochanie, umrzesz dopiero, jak już będziesz bardzo, bardzo stara.

-Taka stara jak babcia?

-Tak.

-Ja nie chcę, żeby babcia umarła teraz!!!

-Babcia teraz jeszcze nie umrze, jeszcze nie jest wystarczająco stara.

-To kto jest wystarczająco stary?

-Nie wiem, jacyś starzy ludzie.

-A ty znasz jakiegoś?

-No chyba nie.

-To nikt nie umiera?

-Nie no, ktoś umiera….

I tak dalej…

I tak wczoraj, przy zwykłej bajeczce odkryła przerażającą nieuchronność niebytu. A ma dopiero cztery lata. Płakała i płakała, nie mogłą się uspokoić. W końcu Mi ją ululał do snu, ale ja dalej nie wiem, jak takiemu małęmu dziecku mówić o śmierci, jak się nie wierzy w Boga.

Jednak chrześcijańskie dzieci mają łatwiej – jest jakiś Bóg, który się tobą zaopiekuje po śmierci. Jak będziesz grzeczny.

Jesień

Jesienią zawsze zaczyna się szkoła, a w knajpach zaczyna się picie, jak pisał poeta.

U nas tak samo, tylko bez picia w knajpach;) Mo dziś zaczyna ostatni rok przedszkola, Adek zaczyna ostatni rok studiów licencjackich a Mi zaczyna pierwszy rok nowych studiów. Już za tydzień. A ja oczywiście zaczynam swoją szkołę.

U mnie w tym roku na froncie chyba spokojniej niż ostatnio – ŻADNYCH NOWYCH PRZEDMIOTÓW (hura!) w jednej szkole, a w drugiej tylko jeden nowy.

W ogóle plan jak na razie wygląda dobrze, jedynie biedna Mo będzie musiała trzy dni w tygodniu siedzieć w przedszkolu do 17.30;( Mi ma zajęcia codziennie do 17 a ja właśnie trzy wykłady kończę o 17, choć wcześniej w ciągu dnia mam okienka. Pocieszam się, że jest już starsza, lubi przedszkole, lubi panie i ma swoją best friend.

A propos – tego właśnie zazdroszczę dzieciom: wczoraj na placu zabaw podeszła do niej dziewczynka, chwilę się pobawiły i za chwilę Mi słyszy:

Would you like to be my best friend? – dziewczynka mówi.

Yes! – Mo odpowiada. Po prostu.

Mi też ma dobry plan, choć trochę napięty – codziennie zaczyna o 10 i kończy o 17, a we wtorek dodatkowo w czasie okienka przyjeżdża do mojej szkoły dać wykład, piątek ma wolny w swojej szkole, ale za to uczy w mojej. Plus dwa wykłady wieczorne.

Ale za to jakie ma przedmioty na studiach! Już mu zazdroszczę. Psychologia rozwojowa. Praca z grupą. Prawo rodzinne. Samorefleksja. Praca socjalna z cudzoziemcami i mniejszościami. Równość, prawa, tożsamości i władza w praktyce pracy socjalnej. Ech, postudiowałoby się…

A ja mam w planach zrobienie prawka. Historia z samochodem mojego brata (co go w końcu nie kupiliśmy) sprawiła, że zaczęliśmy w głowie obracać problem prawa jazdy i wyszło nam, że dla nas tutaj jest to bardzo, bardzo droga sprawa (ponieważ tutaj podchodzi, a raczej podjeżdża się do egzaminu własnym samochodem, który trzeba ubezbieczyć itd itp). Nasze trudności wynikają głównie z tego, że w Irl zakłada się, że większa część nauki jazdy odbywa się w rodzinie, system opiera się na tym, że rodzice mają samochód, którym niejako naturalnie, z pomocą rodziców uczą się jeździć dzieci. My nie mamy tego naturalnego środowiska samochodowego a w dodatku żadno z nas nie mam prawka i wszystko to sprawia, że droga do samochodu wiedzie przez szpagat i dziesięć przewrotów w powietrzu.

I oświeciło mnie: w Polsce przecież jest inaczej! W Polsce nie można jeździć na tzw. provisional, czyli trzeba nauczyć się jeździć od a do zet z instruktorem. Co oznacza, że dla nas jest to dużo prostsze. I tu się właśnie wykuł plan: w przyszłym roku jade do Pl na dwa miesiące i robie prawko. Wykupię jazdy nawet dwa razy dziennie. To i tak wyjdzie taniej, niż kupno samochodu tu i ubezpieczenie dla uczącego się. W grudniu w Polsce się rejestruję, robię testy, zdaję, a potem przyjeżdżam na czerwiec, lipiec, sierpień i nie wyjeżdżam bez prawka! Zobaczycie!

Jakoś nigdy brak umiejętności jazdy samochodem mi nie przeszkadzał w życiu za bardzo, ale dotarło do mnie, że z samochodem parę rzeczy stałoby się dużo prostsze. A jeszcze parę po prostu możliwe, jak na przykłąd objazdowa podróż po Europie, w którą chcę się wybrać z moimi dziećmi za parę lat. Albo wypady nad morze w środku tygodnia – nasze prace na to pozwalają, ale transportem publicznym jest to długa wyprawa.

A na koniec jeszcze opowiem wam, że Adek zrobił sobie operację plastyczną uszu. Miał trochę odstające i był to jego wielki kompleks. Obiecałam mu zafundować zabieg, a że w tym roku mamy inne duże wydatki zaproponowałam, że zapłacę za jedno, zrobi sobie jedno i zobaczy, jak będzie się czuł;) Ale sobie uskładał na drugie i oto 50 minut bólu i 4 tys. zł później jest całkiem nowym Adkiem. Wygląda teraz jak amerykański żołnierz, powiedziała moja starsza siostra, nie wiem, dlaczego żołnierz i do tego amerykański, no ale to chyba komplement.

Polskie morze

jest, wbrew pozorom, delikatne i łagodne. Pachnie, kołysze, szumi. I jest cieple! ale nie za gorące. Czułam się jak w wielkiej pierwotnej macierzy, wodach płciowych (już musiałam być bardzo zrelaksowana;) płodowych Ziemi.

Tydzień nad polskim morzem, kiedy wreszcie NIE PRACOWAŁAM, uspokoił mnie i ukoił. Odpoczęłam. Pomimo, że byłam właściwie z całą moją rodziną (mama, siostry, bracia, żony, mężowie i dzieci) nie było żadnych neuroz i afer. Kurcze, lubię moje rodzeństwo i to niezależnie od przeciwnych poglądów politycznych (ale od czego jest powolne saczenie smrodku dydaktycznego;). Chyba dawno tak nie miałam, żeby było mi zupełnie dobrze w zupie rodzinnej:)

Jakoś tak ciągle na tych naszych wakacjach mamy coś do zrobienia, wychodzi na to, że są to raczej pół-wakacje, niż prawdziwe urlopowe wakacje.

Przez trzy dni byliśmy wolontariuszami na letnim obozie dla dzieci uchodźców i oprócz ogromnej satysfakcji, był to też niezły zapieprz. Nic dziwnego – prawie pięćdziesięcioro dzieci, stęsknionych biegania po dworze, bo przez ostatni miesiąc większość z nich była zamknięta w pokojach. W centrum dla uchodźców jest mały plac zabaw, ale administracja krzywo patrzy na dzieciaki ‚łobuzujące’ tam, więc rodzice, nie chcąc narażać się w najmniejszym nawet stopniu na odrzucenie wniosku, trzymają dzieciaki w pokojach.

Dzieci w wieku od dwóch do czternastu lat, niektóre po ciężkiej traumie, większość z jakimiś tam problemami, wszystkie przeżyły utratę i rozłąkę, choćby z najbliższą rodziną, która została w kraju. Niektóre nadaktywne, wyraźnie widać było, że ‚coś jest z nimi nie tak’, jeden chłopiec bardzo spokojny przez dwa dni, na trzeci dzień wpadł w szał taki, jakiego jeszcze nie widziałam. Dzieci spokojne, wycofane, bardzo grzeczne. Dzieci przytulające się do ciebie po pięciu minutach, po dziesięciu włażące ci na głowę, po dwudziestu nie do odklejenia od twoich pleców. Nie są tutaj same, większość ma rodziców odpoczywających w dusznych pokojach, ale ma się wrażenie, że czegoś im brakuje. Może spokoju, ufnej wiary, że będzie dobrze, zakorzenienia, dobrych przyjaciół i jasnej przyszłości.

Alishia, z którą zaprzyjaźniła się moja Mo, bo były w podobnym wieku. Alishia, która chciała iść siusiu, a byliśmy akurat w parku w ‚leśniej szkole’ i pójście do toalety to była prawdziwa wyprawa. Alishia, którą wręczyła mi inna wolontariuszka ze słowami ‚Ona chce siusiu, ale nie chce robić w krzaczki, ty masz też taką mała córeczkę, może ją przekonasz’. Poszłyśmy zatem do toalety i przekonywałam ją przez całą drogę, ale nie chciałam łamać jej niewzruszonego ‚nie’, bo jak mogłabym malutką muzułmańską dziewczynkę przekonywać, żeby sikała w parku pod krzaczkiem z obcą kobietą? Ale toaleta okazała się zamknięta, klucz był u organizatorki, która została w ‚leśniej szkole’ i nie miałam wyjścia. Przekonałam ją w końcu, że pójdziemy do naszego ‚secret place’, miejsca tylko dla nas, gdzie nikt, absolutnie nikt nas nie zobaczy, zobacz, schowaliśmy się tak, że hoho (na co Alishia wskazała na przechodzących spacerowiczów obok na ścieżce) i w tym sekretnym miejscu można właśnie robić siusiu. Jak? No zobacz, właśnie tak. Mo, ściągnij majteczki i pokaż Alishi. Ale mi się nie chce siusiu, mamusiu. No, ale spróbuj. Ale mi się nie chce! Mo była bliska płaczu. Cóż było robić – ściągnęłam majtki i kucnęłam. Alishia kucnęła koło mnie wyraźnie zainteresowana ‚Nie leci’. To ty spróbuj. I spróbowała:)

Od tego czasu nie odstępowała mnie na krok;)

A jutro raniutko lecimy do Polski:)

Zdjęć nie ma, bo mi się nie podobają takie, jakie umiem zrobić;) Ale może to nie ma znaczenia?