TRZASK! TRZASK! TRZASK! chwila przerwy i znowu TRZASK! TRZASK! TRZASK! Metalowa pokrywa otworu na listy w drzwiach stuka miarowo. Dziewczynki. Grace i Alex. Albo Alex i Ali. Albo Grace, jej brat Luke, Alex, Abgail i Bobby. Albo Holly. Albo jeszcze Lorcan, choć on w sumie raczej nie – ma surowego ojca. Dziewczynki i chłopcy przyszli po Morinkę. Schodzę po schodach, po raz trzeci tego dnia:
IS MORINKA COMING OUT?
No. Morinka is having a nap, is in the park, is helping me in the garden, is flying to the Moon.
Dzieci stoją się się na mnie patrzą podejrzliwie, jaką teraz będę miała wymówkę.
Muszę jeszcze ugotować obiad.
Ale przecież twój mąż może to zrobić.
Chyba nie.
Musisz tylko go poprosić – Grace nie daje za wygraną. Grace jest najbardziej uparta. (I najczęściej ma muchy w nosie, ale to inna historia).
Ok, wyjdziemy za pół godziny – mówię, bo mi zabrakło pomysłów na odmawianie. Oraz dlatego, że chcę, żeby Morinka miała przyjaciół.
Znowu się dałaś zagadać, mówi M. Po co ty się w ogóle wdajesz w dyskusję z dziewczynkami, mówi się im po prostu nie. I tyle.
‚Nie i tyle’ nigdy mi się nie udaje, bo gdyby to było takie proste.
Wychodzę z Mo. Przez chwilę jest lato, Polska, lata 80-te, a my biegamy po podwórku, bandy dzieciaków w letnich sukienkach i krótkich spodenkach. Przyjeżdża pan z lodami, dzieciaki ustawiają się w kolejce, maluchy gubią pieniążki, duże dzieciaki kupują super kwaśne-wykręcające-język cukierki i slasze, czyli pokruszony lód z sokiem. Wszyscy są, a Mo jest częścią wszystkiego. Śmieje się w głos i oblizuje skapującego loda, prawie jej upada na chodnik, Bobby robi minę i nagle śmiechem wybuchają razem. Luke się przyłącza. Dziewczynki patrzą z lekką wyższością – są już duże, mają aż siedem lat, nie tak jak te czteroletnie maluchy. Idziemy bawić się w crocodile colors.
Tego właśnie chciałam.