Ławeczka na słonku o poranku

to jednak cudna sprawa jest! Zrobiłam przemeblowanie ogrodu (kupiliśmy nowy stolik i krzesła na wyprzedaży) i stara ławka wylądowała pod domem, od strony kuchni, od południa. I właśnie dziś odkryłam jaka to cudna sprawa o poranku! Kiedy cały ogród jeszcze w cieniu od drzewa, ławeczka jest w słońcu. Jest ranek, więc słońce jest idealne – ciepłe, a nie ostre, balsamiczne, a nie parzące. Lilie pachną upajająco. Na przyszły rok posadzę groszek pachnący, może jaśmin przy ścianie? Ze wszystkich zmysłów najbardziej wrażliwy mam nos:D Ogród pachnie obłędnie: pod drzewem i ścianą, w cieniu, gdzie nasadziłam paproci, pachnie jak w lesie (miesiąc temu, kiedy poszłam wąchać w kącie pachniało mi lasem i czymś jeszcze i odkryłam niespodziankę ukrytą pod bluszczem – panowie robotnicy zemścili się za moją upierdliwość robiąc mi kupę w ogrodzie). Pod murkiem od zachodu pachną róże, ale wiatr wieje w tamtą stronę, więc rzadko zapach do nas dolatuje. Reszta ogrodu przeważnie pachnie trawą, co jakiś czas, jak mi się przypomni nawet świeżo skoszoną. Nawet kompost mi pachnie, nie żartuję – już się przerobił i pachnie ziemią, po prostu normalną ziemią, trochę spróchniałym drewnem, trochę piaskiem, trochę zbutwiałymi liśćmi i trawą.

Brzoza szumi na wietrze, lilie pachną, słońce świeci, kawka jest pyszna. Czas do roboty.

Zdjęcia będą:)

Nie wiem, czy wiecie, że nie mamy samochodu ani prawka, żadne z nas. No cóż, jak mogłam już zrobić prawko to albo właśnie byłam zbuntowana i uciekałam z domu, albo moi rodzicie akurat nie mieli samochodu, a jak już mieli, to miałam inne rzeczy na głowie (Adka). A potem jako małżeństwo jakoś nigdy nie mieliśmy kasy, żeby tak wydać 1000 zł. i tak dalej i tak dalej. A rodzice M to już w ogóle inteligencja była, poeta i polonistka, bez prawka i bez samochodu całe życie.

No i właśnie postanowiliśmy zrobić prawko – bo zaraz stuknie 50-tka, a potem to już z górki, demencja starcza, ubytki w inteligencji kinestetycznej, innymi słowy już nigdy nam się nie uda. A zatem kupiłam M książeczkę z zasadami ruchu i w dwa miesiące przeczytał. Był bardzo dzielny, pół godzinki dziennie, codziennie. A teraz stuka testy i ma już skuteczność 80-90%. No i chyba na jesieni zda teorię:) Gorzej z jazdami, bo tu trzeba mieć własny samochód, żeby zdać jazdy, a koszt ubezpieczenia dla uczącego się to trzy do pięciu tysięcy. I tak mamy duży upust z racji wieku;)

Planujemy tak zdać w ciągu dwóch -trzech lat (bo po drodze jeszcze studia M – właśnie dostał zawiadomienie, że jest ostatecznie przyjęty i wpłacił zaliczkę), ale już snuję marzenia na jawie jak to cudnie będzie. Nie mogę w to uwierzyć – w końcu ZWIEDZIMY WRESZCIE IRLANDIĘ! KUPIMY WOZ W KTÓRYM MOZNA SPAC I ZWIEDZIMY CAŁA EUROPE! (na emeryturze). Będziemy jeździć nad morze!

Zachód słońca i my mkniemy jak wiatr:D

Takie bzdurki siedzą mi w głowie, jak wytężam umysł nad pracowymi dokumentami cały dzień (a głowa mnie już boli).

Ta dziewczynka świetnie kopie

Mi z Mo grają w piłkę w ogrodzie. Jak wczoraj, jak przedwczoraj, jak codziennie. Myślę sobie, jak to fajnie, że Mo nie ma przesądów, że dziewczyny nie grają w piłę albo, że nie budują z klocków ….. I nagle nie, nie, nieprawda, stop stop stop, przepraszam bardzo. Ma. Wieczorem liczyłyśmy sobie coś, jakieś paluszki, spineczki czy inne cosie, i delikatnie usiłowałam nakierować ją na właściwą ścieżkę:

Jak dorośniesz, to może będziesz matematykiem – trochę smrodku dydaktycznego nie zaszkodzi.

Ale ja nie mogę być matematykiem, mamusiu, dziewczynki nie mogą być matematykami.

A co mogą robić dziewczynki?

Gotować.

Kiedy to się wkradło? Wychowanie to trudna sztuka.

Ale za to, ale za to, ta dziewczynka świetnie kopie!

A w międzyczasie…

Kupiliśmy sobie takiego potwora. I jestem oczywiście zachwycona, oświadczyłabym się mu, gdyby nie to, że pan elektryk jest pierwszy w kolejce. Jak bym była wolna.

Okazało się, że robot jest najważniejszą osobą w kuchni każdego wegana. Od kiedy pięć lat temu mój mąż zwariował został weganem, wykończyliśmy już trzy blendery, a i tak sernika wegańskiego nie dałam rady zrobić. W akcie desperacji w zeszłym roku kupiłam nurtibullet w Lidlu (50e), ale się okazało, że robiąc sernik z orzechów nerkowca na święta prawie go wykończyłam (a i tak ciasta wystarczyło tylko dla M). Nadaje się jedynie do koktajli, niestety. Postanowiliśmy zatem zagryźć zęby i kupić drogi dobry sprzęt, przy tym nie zależało mi na funkcji gotowania czy też podgrzewania, więc Thermomix na szczęście nie był mi do niczego potrzebny (sprzedaż bezpośrednia potwornie mnie zawsze odstręcza i z zasady nie kupuję tak żadnych produktów).

Po różnych poszukiwaniach zdecydowałam się na właśnie tego potwora z trzech względów: – ma jedną z większych mocy ze wszystkich robotów domowego użytku (1100 wat – Thermomix tylko 400 wat;D), co oznacza, że spokojnie zmieli orzechy:); – duża miska (2.5 litra) oznacza, że nie muszę pasztetów robić na dwa razy; – motor ma 25 lat gwarancji.

Można nim mielić, robić frytki, kroić cebule, szatkować kapustę. Mielić orzechy i przyprawy. Szatkować marchewki i jabłka. Prosto, szybko, bez problemu. Jest oczywiście bardzo duży i ciężki, ale to zrozumiałe – podczas pracy nie podskakuje i nie przesuwa się po blacie.

Zrobiłam już zapiekaną kapustę (mniam!), falafle, z którymi miałam zawsze ogromny problem, bo żaden blender nie mielił surowej, namoczonej ciecierzycy i musiałam robić z gotowanej i falafle się przy smażeniu rozpadały, a tu – proszę! minuta i gotowe!, i pasztet wegański z soczewicy, z mojej ulubionej Jadłonomii, bibli polskich wegan (nie zrobiłam jeszcze dania z jej przepisu, które było by niesmaczne, serio).

Szykuję się na bigos, fantastyczne chili con carne (bez carne oczywiście) i nieskończone ilości paszetetów i past. Oraz oczywiście sernik, którego baza z daktyli z orzechami pistacjowymi jest zawsze największym testem dla blendera.

Is Morinka coming out?

TRZASK! TRZASK! TRZASK! chwila przerwy i znowu TRZASK! TRZASK! TRZASK! Metalowa pokrywa otworu na listy w drzwiach stuka miarowo. Dziewczynki. Grace i Alex. Albo Alex i Ali. Albo Grace, jej brat Luke, Alex, Abgail i Bobby. Albo Holly. Albo jeszcze Lorcan, choć on w sumie raczej nie – ma surowego ojca. Dziewczynki i chłopcy przyszli po Morinkę. Schodzę po schodach, po raz trzeci tego dnia:

IS MORINKA COMING OUT?

No. Morinka is having a nap, is in the park, is helping me in the garden, is flying to the Moon.

Dzieci stoją się się na mnie patrzą podejrzliwie, jaką teraz będę miała wymówkę.

Muszę jeszcze ugotować obiad.

Ale przecież twój mąż może to zrobić.

Chyba nie.

Musisz tylko go poprosić – Grace nie daje za wygraną. Grace jest najbardziej uparta. (I najczęściej ma muchy w nosie, ale to inna historia).

Ok, wyjdziemy za pół godziny – mówię, bo mi zabrakło pomysłów na odmawianie. Oraz dlatego, że chcę, żeby Morinka miała przyjaciół.

Znowu się dałaś zagadać, mówi M. Po co ty się w ogóle wdajesz w dyskusję z dziewczynkami, mówi się im po prostu nie. I tyle.

‚Nie i tyle’ nigdy mi się nie udaje, bo gdyby to było takie proste.

Wychodzę z Mo. Przez chwilę jest lato, Polska, lata 80-te, a my biegamy po podwórku, bandy dzieciaków w letnich sukienkach i krótkich spodenkach. Przyjeżdża pan z lodami, dzieciaki ustawiają się w kolejce, maluchy gubią pieniążki, duże dzieciaki kupują super kwaśne-wykręcające-język cukierki i slasze, czyli pokruszony lód z sokiem. Wszyscy są, a Mo jest częścią wszystkiego. Śmieje się w głos i oblizuje skapującego loda, prawie jej upada na chodnik, Bobby robi minę i nagle śmiechem wybuchają razem. Luke się przyłącza. Dziewczynki patrzą z lekką wyższością – są już duże, mają aż siedem lat, nie tak jak te czteroletnie maluchy. Idziemy bawić się w crocodile colors.

Tego właśnie chciałam.

Dni upływają

na różnych pracach domowych i naprawdę nie sądzę, że ktokolwiek byłby nimi zainteresowany;D Ale jakby co, dla jakiegoś gościa, co naprawdę nie ma co z czasem robić, a najpewniej dla siebie samej, pilnie odnotowuję, że:

  • Prawie skończyliśmy ogrodzenie z wikliny. Jest cudna! I pachnie obłędnie. Szkoda, że ma tak marną trwałość (dwa do trzech lat), bo strasznie, strasznie mi się podoba. Prawie skończyliśmy, bo przysłali ostatnią część, która jest dużo gorszej jakości i oczywiście chcemy wymienić. Stary płot trzymał się na słowo honoru, jak wskazuje poniższy obrazek:
Stary plot
Nowy płot, niestety kwiatki musiały sobie pójść
Z królewną ogrodu, od strony kuchni
  • Przyszedł elektryk i nam W KOŃCU zainstalował nasze cudne, drogie jak cholera luksusowe (każdy wybiera swoje luksusy, prawda?), oddające ciepło wentylatory. Dla zainteresowanych https://www.youtube.com/watch?v=sbsO8FbHUwU . Zakłada się je parami, jeden w jednym, a drugi w drugim pomieszczeniu, one się ze sobą komunikują i naprzemiennie wdmuchują i wydmuchują powietrze (kręcą się raz w jedną, raz w drugą stronę, zmieniają kierunek równocześnie). Kosztowały okropnie dużo, ale nareszcie będę miała I ŚWIEŻE POWIETRZE I CIEPŁO w moim małym pokoju do pracy (9m2?). Kiedy siedziałam tam w zimie długie godziny robiło się przeokropnie duszno (muszę mieć drzwi zamknięte, bo wiadomo – dziecko włazi), otwierałam okno i robiło się przeokropnie zimno. Na razie działają fantastycznie, ale trudno mi sprawdzić, czy rzeczywiście poprawiają jakość powietrza, bo jest lato i drzwi na ogród są bez przerwy otwarte. Ale fachowcem jestem jak na razie zachwycona, Irlandczyk, elektryk, nie znał tego sprzętu, ale wykumał o co chodzi, mimo bardzo ubogich instrukcji instalacji, do tego wykombinował, żeby kabel nie szedł po suficie, albo po ścianie (chowanie w betonie bardzo by podrożyło koszty), tylko przeciągnął go wewnątrz pionu i środek schodów i większość kabli jest schowana. A kabli jest dużo, bo wentylatory muszą być połączone ze sobą (a są w dwóch różnych pokojach), ze źródłem prądu i z pstryczkiem-elektryczkiem. Pan przyszedł, ocenił robotę, odpowiadał na maile i smsy, bez problemu umówił się na konkretny dzień za tydzień i przyszedł PUNKTUALNIE na godzinę, na którą był umówiony. Siedział godzin pięć , wiercił, składał, instalował, ale najwięcej to chodził i myślał, założył nam jeszcze dwie lampki w pokoju (ma jeszcze dokończyć jedną lampkę, bo okazała się bublem) i światełko w kuchni. Zalepił dziury w ścianie i posprzątał po sobie. Prawie, że mu się oświadczyłam;) A muszę tu nadmienić, że wcześniej trzech elektryków odmówiło tej roboty – pierwszy zbyt zajęty, drugi przestał odbierać telefony, a trzeciemu się jakoby dziecko urodziło;D
  • Kwitnie mi passionfruit, kupiony w aldiku po przecenie za 1.5 euro. I powojnik.

Z prac domowych zostało mi jeszcze pomalowanie drzwi wejściowych, podłogi w kuchni (kafle w obrzydliwe pomarańczowo-kremowe maziaje chcę zmienić w kremowe kafle z delikatnym, a może nawet mniej delikatnym niebieskim wzorem, o proszę: https://www.cuttingedgestencils.com/blog/everything-you-need-to-know-to-paint-a-floor-with-a-tile-stencil.html ) i płotu. Płot chcę tylko powapniować. Jeszcze tylko obrazki w ramkach, może lampka na kominek, może przegląd komina przez fachowca i tyle. Koniec na ten rok.

A poza tym im bardziej jestem normalna, tym mniejszą mam potrzebę pisania. A może nie odkryłam jeszcze swojego nowego głosu. Who knows..

Byczę się trochę i lenię. Odpoczywam. Wróciliśmy do tej zimnej i deszczowej Irlandii i od razu tutaj zrobiło się cieplej, nie żeby od razu szaleństwo i upały, ale tak ponad 20 stopni to bywa. Tak, że nawet się kąpaliśmy dwa razy. Och, uwielbiam to zimne morze!

Oprócz tego dni spędzamy na różnych drobnych naprawach i domowych projektach. Usunęłam rdzę z kominka – wsadziłam cały kominek do baseniku Mo i zalałam octem, szkoda, że basenik był trochę za mały i większość kominka wystawała. Postał dzień w takiej kapieli, poszorowałam go trochę druciakami, potem wymyłam proszkiem do pieczenia (nie miałam sody oczyszczonej, ale kto by się tam przejmował), żeby zneutralizować ocet, potem przetarłam terpentyna czy innym śmierdzacym cholerstwem, by na koniec wypolerowac pasta. Postanowilam go nie malować – ma wygladać na stary kominek, którym przecież jest.

Kominek, jeszcze nie przytwierdzony do sciany

Jutro zakładamy ogrodzenie z wikliny, bo po jedej stronie mamy strasznie stary i rozpadajacy się płot, który był wcześniej przysłonięty plastikowym żywopłotem i przerośnięta tuja.