dalej. Choć wczoraj musiałam podejść do biura paszportowego, bo przecież potrzebujemy nowego paszportu. Lało, wiało i było przeraźliwie zimno, a w poczekalni włączyli klimę i zmarzłam na kość.
Ale jeszcze wczoraj czułam się dobrze, na tyle, że zaczęłam nawet po południu porządkowanie papierów pracowych. Oraz umyłam podłogę. O trzeciej w nocy obudziłam się z bólem gardła i łamaniem kości. Noż k@$#ć! Cholerne choroby!
Dziś tylko poleguję, ale i pogoda znowu nie nastraja do niczego innego. Dziewięć stopni i pada, w czerwcu!
W lepszych chwilach cieszę się, że mam wolne i mogę leżeć – nie wyobrażam sobie, że musiałabym teraz chodzić do pracy, a na moim kontrakcie za zwolnienia mi nie płacą. W gorszych chwilach przeżuwam, że to chorowanie to przecież bezpośrednia konsekwencja zupełnego wyeksplatowania organizmu w trakcie roku szkolnego. W którym w siedem miesięcy trzeba zmieścić dwanaście miesięcy normalnej pracy.
W piątek mamy (znowu!) lecieć do Polski na imprezę rodzinną, a ja nie mogę wstać z łóżka. Chyba muszę iść jutro znowu do lekarza (55 euro), bo jeśli to powrót anginy, to co ja zrobię na weekend na zadupiu w Polsce ze szczękościskiem i czterdziestoma stopniami gorączki?
Jak macie niezawodne rady na podniesienie odporności po antybiotykowej terapii to błagam, podzielcie się. Wszystkie moje są dla człowieka w miarę zdrowego – bo przecież teraz nie dam rady na rowerze, a i zimna kąpiel raczej mi nie pomoże.