Wiecie co najlepiej stawia na nogi?

Leżenie.

Oddaję się zatem tej czynności z zapałem, tym bardziej, że Mo też chora. Ma takie powtarzające się zapalenia oskrzelików – zawsze zaczyna się to katarem i schodzi niżej, drugiego dnia choroby trzeba ją cały dzień trzymać pionowo na rękach, charcze jak stary gruźlik, a ja z duszą na ramieniu oglądam, czy już jej wargi sinieją i trzeba natychmiast jechać do szpitala, czy jeszcze można poczekać. Nic nie je i prawie nie pije, nawet nie ma siły oglądać bajek, cały, calutki dzień musi być bujana na rękach, zmieniamy się tylko z Mi co dwie-trzy godziny. Jeden dzień i noc z głowy, bo śpi również tylko pionowo i na nas, a rano jakby ją ktoś do prądu ponownie podłączył – je, śmieje się, ogląda baje, tylko jeszcze kaszle i jest osłabiona.

Nie chodzę z nią wtedy do lekarza, bo zawsze, ale to zawsze cholerstwo mija po paru dniach, a nie chcę jej dodatkowo wystawiać na inne zarazki. Byłam raz, jak zaczęła świszczeć i charczeć po raz pierwszy, miała wtedy parę miesięcy i pani doktor kazała po prostu czekać, obserwować i pędzić do szpitala, jakby się dusiła. W szpitalu mogą podać tlen i kroplówki, może coś na rozkurcz oskrzeli, ale też nic więcej.

Martwi mnie to trochę, bo może to być początek astmy, ale cóż.

Taka jedna pyta się o języki. Mówimy w domu po polsku i polski jest pierwszym językiem Mo. Bardzo wcześnie zaczęła mówić i mówi bardzo dobrze, jak miała dwa latka mówiła już pełnymi zdaniami, oczywiście dość okrojonymi i bez słów pomocniczych, ale i tak dziadek był przekonany, że jest o rok starsza.

Myślę, że język był największym problemem długiej integracji przedszkolnej – nie mówiła po angielsku, kiedy poszła do przedszkola, a że bardzo dobrze posługiwała się językiem polskim, frustrowało ją, że nie może się w przedszkolu dogadać.

Teraz rozumie już wszystko w przedszkolu i trochę też mówi, z małymi błędami, tak, jak słyszy od dzieci, ale wszystko, co chce, potrafi przekazać. W domu czasem nam opowiada o przedszkolu i wtedy miesza języki – używa składni polskiej, ale wtrąca słówka angielskie, które zna z przedszkola. ‚Mamo, a Den mnie popycha. Bo ja tak biegałam i on chciał mnie catch i tak mnie push i ja upadałam’. Często po przedszkolu mówi do siebie po angielsku – bawi się jakimiś figurkami, które rozmawiają po ichniemu. I to jeszcze z takim śmiesznym, irlandzkim akcentem, którego ja nie potrafię naśladować.

Wiem, że o język rodzimy trzeba dbać za granicą, bo dzieciom jest coraz łatwiej i łatwiej rozmawiać w języku dominującym. Nawet ja już czasem nie jestem pewna jak coś powiedzieć po polsku (wczoraj zastanawiałam się, jak wyjaśnić siostrze, że już mam appointment booked w biurze paszportowym – mam umówione spotkanie? wizytę? umówiony termin w biurze paszportowym?). Angielski wydaje się dużo bardziej efektywny w przekazywaniu informacji. Ale też na razie mam wrażenie, że Mo będzie dobrze mówiła po polsku – cały czas go używamy w domu, trzy razy w roku jeździ do Polski. Boję się o język pisany – nie chcę jej posyłać do polskiej szkoły, bo tutaj są tylko takie katolickie, gdzie dzieci w sobotę uczą się pisać, czytać i robić różaniec z jarzębiny. takiej indoktrynacji nie zdzierżę. Wiem, że są również jakieś możliwości w internecie, , tylko, że wtedy trzeba samemu siedzieć i jakoś to dziecko zachęcać do nauki polskiego. Ja swoich dzieci nie potrafię (i nie lubię) uczyć, próbowałam kiedyś z Adkiem i skończyło się to porażką pedagogiczną na całej linii. Jakby mnie ktoś chciał w tym wyręczyć, to bym była bardzo wdzięczna:) W sumie może znajdę korepetytorkę? Jakieś zajęcia prywatne z polskiego w sobotę? Hmmm…