A jednak znowu

była to angina. Dopiero po kolejnych dziesięciu dniach antybiotyku poczułam się lepiej, na tyle, by cieszyć się wyjazdem do Polski. Bardzo spadła mi odporność po tym potwornie pracowitym roku akademickim, nawet nie stresującym, nawet nie ciężkim psychicznie, tylko okropnie, strasznie pracowitym, bez chwili wytchnienia. Mam nauczkę, że to, że dam radę, nie koniecznie oznacza, że powinnam. Troszkę więcej zarobiliśmy, ale też mieliśmy dodatkowe koszty biletów i lekarzy.

Poleciałam zatem do Pl chora, z gorączką na antybiotyku, prosto na imprezę rodzinną. Która, o dziwo, się udała i w sumie dobrze się bawiłam, na tabletach, bez odrobiny alkoholu. Tańczyłam. Impreza była pod tytułem spotkanie rodzinne, w świetlicy wiejskiej, w malutkiej wiosce na południu Polski, gdzie w ’45 osiedlili się moi dziadkowie po przyjeździe ze Lwowa. A właściwie z Tarnowa, bo ze Lwowa to wcześniej musieli uciekać. A właściwie to z Kościejowa, bo nie mieszkali we Lwowie. Dziadkowie byli nauczycielami i została im przydzielona malutka wiejska szkoła, z mieszkaniem tuż nad nią. W szkole zaraz po wojnie uczyło się 170 dzieci – niewiarygodne, jak się popatrzy na liczbę dzieci obecnie. Moja babcia uczyła klasy 1-3 (chyba łączone) i wszystkich przedmiotów ścisłych, dziadek biologii, przyrody, muzyki. Babcia była surowa, ale sprawiedliwa, dziadek w życiu i w szkole kierował się fantazją i swobodą. ‚Renia, to mogę wziąć dziś dzieciaki do lasu na wycieczkę?’ „Władziu, to nie można tak, byłeś wczoraj’. Za jakiś czas babcia zagląda do klasy, a tam już dziadka i dzieci nie ma. Powiedział im, że jeśli chcą mieć lekcję przyrody na łące, to muszą wychodzić cichutko, na paluszkach, żeby się babcia nie zorientowała. A na łące dzieciaki moczyły nogi w strumyku, słonko przygrzało i dziadek zasnął;)

Czułam się tam jak u siebie, pomimo, że nigdy w tej wsi nie mieszkałam. Ale mówiły do mnie te dróżki, pagórki, laski, łąki, pola, były znajome do bólu. Mo biegała z kuzynami, tańczyła do dwunastej, oglądała jaszczurki, motyle i kwiatki.

Byliśmy otoczeni bliższą i dalszą rodziną, ludźmi, którzy są częścią mojego krajobrazu wewnętrznego, choć z wieloma nie rozmawiałam od stu lat. Byłam otoczona moim rodzeństwem i ich progeniuturą, moimi rodzicami i ich rodzeństwem. Ludźmi, z którymi często rozmawiam i na bieżąco wiemy co u nas, co jednak nie wystarcza. Jakby umysł był w kontakcie, ale ciało potrzebowało fizycznej bliskości, żeby poczuć się bezpiecznie.

W jakiś dziwny sposób odpoczęłam. I w końcu wyzdrowiałam.

Leżę

dalej. Choć wczoraj musiałam podejść do biura paszportowego, bo przecież potrzebujemy nowego paszportu. Lało, wiało i było przeraźliwie zimno, a w poczekalni włączyli klimę i zmarzłam na kość.

Ale jeszcze wczoraj czułam się dobrze, na tyle, że zaczęłam nawet po południu porządkowanie papierów pracowych. Oraz umyłam podłogę. O trzeciej w nocy obudziłam się z bólem gardła i łamaniem kości. Noż k@$#ć! Cholerne choroby!

Dziś tylko poleguję, ale i pogoda znowu nie nastraja do niczego innego. Dziewięć stopni i pada, w czerwcu!

W lepszych chwilach cieszę się, że mam wolne i mogę leżeć – nie wyobrażam sobie, że musiałabym teraz chodzić do pracy, a na moim kontrakcie za zwolnienia mi nie płacą. W gorszych chwilach przeżuwam, że to chorowanie to przecież bezpośrednia konsekwencja zupełnego wyeksplatowania organizmu w trakcie roku szkolnego. W którym w siedem miesięcy trzeba zmieścić dwanaście miesięcy normalnej pracy.

W piątek mamy (znowu!) lecieć do Polski na imprezę rodzinną, a ja nie mogę wstać z łóżka. Chyba muszę iść jutro znowu do lekarza (55 euro), bo jeśli to powrót anginy, to co ja zrobię na weekend na zadupiu w Polsce ze szczękościskiem i czterdziestoma stopniami gorączki?

Jak macie niezawodne rady na podniesienie odporności po antybiotykowej terapii to błagam, podzielcie się. Wszystkie moje są dla człowieka w miarę zdrowego – bo przecież teraz nie dam rady na rowerze, a i zimna kąpiel raczej mi nie pomoże.

Wiecie co najlepiej stawia na nogi?

Leżenie.

Oddaję się zatem tej czynności z zapałem, tym bardziej, że Mo też chora. Ma takie powtarzające się zapalenia oskrzelików – zawsze zaczyna się to katarem i schodzi niżej, drugiego dnia choroby trzeba ją cały dzień trzymać pionowo na rękach, charcze jak stary gruźlik, a ja z duszą na ramieniu oglądam, czy już jej wargi sinieją i trzeba natychmiast jechać do szpitala, czy jeszcze można poczekać. Nic nie je i prawie nie pije, nawet nie ma siły oglądać bajek, cały, calutki dzień musi być bujana na rękach, zmieniamy się tylko z Mi co dwie-trzy godziny. Jeden dzień i noc z głowy, bo śpi również tylko pionowo i na nas, a rano jakby ją ktoś do prądu ponownie podłączył – je, śmieje się, ogląda baje, tylko jeszcze kaszle i jest osłabiona.

Nie chodzę z nią wtedy do lekarza, bo zawsze, ale to zawsze cholerstwo mija po paru dniach, a nie chcę jej dodatkowo wystawiać na inne zarazki. Byłam raz, jak zaczęła świszczeć i charczeć po raz pierwszy, miała wtedy parę miesięcy i pani doktor kazała po prostu czekać, obserwować i pędzić do szpitala, jakby się dusiła. W szpitalu mogą podać tlen i kroplówki, może coś na rozkurcz oskrzeli, ale też nic więcej.

Martwi mnie to trochę, bo może to być początek astmy, ale cóż.

Taka jedna pyta się o języki. Mówimy w domu po polsku i polski jest pierwszym językiem Mo. Bardzo wcześnie zaczęła mówić i mówi bardzo dobrze, jak miała dwa latka mówiła już pełnymi zdaniami, oczywiście dość okrojonymi i bez słów pomocniczych, ale i tak dziadek był przekonany, że jest o rok starsza.

Myślę, że język był największym problemem długiej integracji przedszkolnej – nie mówiła po angielsku, kiedy poszła do przedszkola, a że bardzo dobrze posługiwała się językiem polskim, frustrowało ją, że nie może się w przedszkolu dogadać.

Teraz rozumie już wszystko w przedszkolu i trochę też mówi, z małymi błędami, tak, jak słyszy od dzieci, ale wszystko, co chce, potrafi przekazać. W domu czasem nam opowiada o przedszkolu i wtedy miesza języki – używa składni polskiej, ale wtrąca słówka angielskie, które zna z przedszkola. ‚Mamo, a Den mnie popycha. Bo ja tak biegałam i on chciał mnie catch i tak mnie push i ja upadałam’. Często po przedszkolu mówi do siebie po angielsku – bawi się jakimiś figurkami, które rozmawiają po ichniemu. I to jeszcze z takim śmiesznym, irlandzkim akcentem, którego ja nie potrafię naśladować.

Wiem, że o język rodzimy trzeba dbać za granicą, bo dzieciom jest coraz łatwiej i łatwiej rozmawiać w języku dominującym. Nawet ja już czasem nie jestem pewna jak coś powiedzieć po polsku (wczoraj zastanawiałam się, jak wyjaśnić siostrze, że już mam appointment booked w biurze paszportowym – mam umówione spotkanie? wizytę? umówiony termin w biurze paszportowym?). Angielski wydaje się dużo bardziej efektywny w przekazywaniu informacji. Ale też na razie mam wrażenie, że Mo będzie dobrze mówiła po polsku – cały czas go używamy w domu, trzy razy w roku jeździ do Polski. Boję się o język pisany – nie chcę jej posyłać do polskiej szkoły, bo tutaj są tylko takie katolickie, gdzie dzieci w sobotę uczą się pisać, czytać i robić różaniec z jarzębiny. takiej indoktrynacji nie zdzierżę. Wiem, że są również jakieś możliwości w internecie, , tylko, że wtedy trzeba samemu siedzieć i jakoś to dziecko zachęcać do nauki polskiego. Ja swoich dzieci nie potrafię (i nie lubię) uczyć, próbowałam kiedyś z Adkiem i skończyło się to porażką pedagogiczną na całej linii. Jakby mnie ktoś chciał w tym wyręczyć, to bym była bardzo wdzięczna:) W sumie może znajdę korepetytorkę? Jakieś zajęcia prywatne z polskiego w sobotę? Hmmm…

Czy każdy tak ma, czy to moja psychopatologia?

Czas od zakończenia szkoły, choć powinien być względnie spokojny, okazał się nie taki łatwy. Najpierw dużo, dużo pracy, jak zwykle: sprawdzanie esejów, egzaminów i prac dyplomowych, a wszystko w stresie i właściwie na wczoraj. Było może trochę łatwiej, niż w zeszłym roku, bo rano Mo w przedszkolu 3 godziny i to nam dało trochę oddechu, ale, jak się okazało, tylko trochę.

Potem konferencja, która bardzo dużo mnie kosztowała emocjonalnie i zaraz po niej rozłożyłam się dokumentnie – angina ropna, gorączka, leżenie plackiem przez 4 dni i 10 dni antybiotyku.

I zaraz po tych dziesięciu dniach mieliśmy lecieć do Polski, oczywiście złapać trochę spokoju. Ale cztery godziny przed lotem odkryłam, że Mo się skończył paszport miesiąc temu.

Dwa dni i 500 euro później mamy nowe bilety na nowe loty. Co dodatkowo zarobiłam, to straciłam, choć oczywiście nie wszystko.

Jestem bardzo, bardzo zmęczona tym półroczem, wszystkie inne sprawy poza szkołą i Mo zostały odsunięte na ‚kiedy będę miała więcej czasu’. Praca wyssała mnie dokumentnie. Człowiek staje się jednak chciwy, chciałam jeszcze i jeszcze zarobić, wziełam dwa TRZY nowe przedmioty i dodatkową grupę zaocznych i przez cztery miesiące żyłam od domu do szkoły, od wykładu do sprawdzania prac, od ściany do ściany. Przez osiem miesięcy nie mieliśmy czasu, by zapisać się do przychodni, bo nie było to pilne i na wczoraj.

Potrzebuję dystansu, oddechu, przestrzeni, spokoju. Czuję się jak mały zapieprzający zegareczek, który nie może się zatrzymać, zanim się całkowicie zatnie. A budżet i tak mi się ledwo co dopina, bo zobowiązania rosną szybciej niż zarobki;)