Eseje. Eseje, eseje, eseje, raporty, refleksje, testy, egzaminy.
Aktualnie siedzę nad takimi na 3000 tys słów, czyli 11 stron. Mam swój własny osobisty limit czterech dziennie, więcej nie daję rady sprawdzać, choćbym siedziała pół nocy. Umysł mi się wyłącza mniej więcej po trzydziestu stronach, czyli po trzech esejach, a tu trzeba jeszcze uzasadnienie oceny napisać, rady dla studentów, wypełnić poszczególne rubryczki kompleksowej oceny. Jeden esej zabiera mi tak gdzieś półtorej godziny, no więc zgadza się – razem to sześć godzin pracy, czyli osiem z przerwą na oddech;) Po tych sześciu godzinach głowa się robi kwadratowa, i – tak, jak naprawdę nigdy, bo mnie nigdy nigdy głowa nie boli – zaczyna boleć. Trochę, taka jedna pewnoby powiedziała ‚tak wyobrażam sobie niebo’, ale dla mnie to już katastrofa. Bo mnie nigdy głowa nie boli;)
Poza tym zimno. W dzień 10-12 stopni, 14 jak dobrze przygrzeje, czyli zimnica. Nakupowałam kwiaciorów, zamierzam sadzić, ale nie mam czasu. Ogarniam ogród tak trochę z doskoku, parę rzeczy wsadziłam do ziemi, ale naprawdę większość czeka.
Kupiłam sobie piękny bez karłowaty, który mi będzie rósł w doniczce pod oknem, kupiłam też różową hortensję. Ma wyglądać tak:

I taką pnącą się, do cienia, pod mur:

Kupiłam paprocie, czaję się na ślubojawki (hehe).
Dereń z lidla chyba jednak wyzionął był ducha, a już widziałam oczami wyobraźni rozgrzewającą czerwień w środku zimy. Umarł samotnie na półce w dyskoncie i nie byłam wstanie go wskrzesić na trzeci dzień.

Ale za to rośliny z Aldika, sprzedawane pod jakże wdzięcznym określeniem ‚pnącza’, po 1.50 e sztuka, prawdziwa okazja!, mają się dobrze. Uratowałam je od śmierci z pragnienia, przyniosłam do domu doniczki z ziemą suchą jak wiór, wyglądało, że już nic z nich nie będzie. Wzięłam z osiem i chyba wszystkie przetrwają. Tylko dalej nie wiem, co to za roślinki – polowałam na jaśmin, a mam chyba wiciokrzew, czyli po tutejszemu honeysuckle:

Na pewno też mam Virginia Creeper, czyli bardzo agresywne pnącze przecudnej urody:

Posadziłam je w najciemniejszym kącie, skąd nie da rady uciec, ale mam nadzieję, że przeżyje. Do towarzystwa dodałam mu jakiegoś powojnika, choć mam wrażenie, że raczej go zadusi, niż się zaprzyjaźnią.
Mam jeszcze na pewno passiflorę:

Dość łatwo poznać po liściach.
Są jeszcze ze trzy powojniki i jeszcze sama nie wiem co.
Przekonam się, jak wyrośnie, bo oczyma wyobraźni widzę już cały mur zarośnięty gąszczem przecudnych kwiatuszków, a to na razie takie ledwo odrostki od ziemi.
Wrzucę zdjęcia maluchów, dla potomności.