
Zasadziłam paprocie. Hortensje dwie i tawułki cztery (boże, te polskie nazwy roślin są pocieszne). Tawułka to astilbe, czyli takie coś:

Chyba brakuje mi lasu.
Mam wrażenie, że w tym ogrodzie nic się nie zmienia, ale to nieprawda, prawda?

Zasadziłam paprocie. Hortensje dwie i tawułki cztery (boże, te polskie nazwy roślin są pocieszne). Tawułka to astilbe, czyli takie coś:

Chyba brakuje mi lasu.
Mam wrażenie, że w tym ogrodzie nic się nie zmienia, ale to nieprawda, prawda?
Byłam na konferencji, przepraszam – sympozjum, w Cork w zeszłym tygodniu, dostałam zaproszenie i pokrycie kosztów wyjazdu wraz z nocą w hotelu, więc zabrałam (prawie) całą rodzinę na dwa dni do Cork. Ja cały dzień na konferencji, czyli sympozjum (pojęcia nie mam czym się różną i nawet wyguglać mi się nie chce;), a oni cały dzień w parku, bo z Mo tak wygląda fajna zabawa. A park mają przepiękny, zaraz koło Uniwerku, właściwie Uniwerek też jest w parku i też jest piękny. Miasto takie małe się wydaje przy Dublinie, dla mnie klimat jak Jelenia Góra, albo inna Oława, trochę prowincjonalny, ale urokliwy.
Konferencja była dla mnie takim przeżyciem, jak się okazało, że zaraz po niej się rozchorowałam i to od razu na 10 dni antybiotyku. Konferencja, albo górna granica zmęczenia, i rura w hotelu cichutko wyjąca przez całą noc, albo pół roku niedospania, niedoczasu i permamentnego przemęczenia. Muszę sobie to życie w przyszłości lepiej poukładać. Ledwo się w poniedziałek doczołgałam do pani doktor, gorączka 39 przez trzy dni, prawie już mówić nie mogłam. Angina ropna. Ale kocham współczesną medycynę, wybawienie od chorób tego świata, już po dniu brania penicyliny mogłam zjeść choć kromkę. Zgubiłam gdzieś dwa dni i wczoraj nie poszłam na umówione spotkanie, będąc przeświadczoną, że to dopiero jutro.
Z pozytywów schudłam dwa kilo w trzy dni, te dwa kilo, których od świąt nie mogłam zrzucić.
Ogród zupełnie zapuszczony, w sobotę muszę zacząć sadzenia, bo 20 kwiatuszków czeka a ja leżę w łóżku. Tęsknię za lasem i nakupiłam paproci i innego poszycia i będę sadzić w cieniu, pod murem. Pnącza się pną w swoich maluteńkich doniczkach, rzodkiewka pewno znowu wybije w kwiaty, korzeń nie wykopany, więc nie ma grządek. Trawa rośnie i trzeba skosić.
Oglądam nałogowo zdjęcia domów na sprzedaż i najbardziej dobija mnie zawsze ogród – jest przeważnie jak zadeptany wybieg dla zwierząt z zoo, żadnych roślin oprócz rachitycznych chwastów, ziemia, beton i śmieci. Z przodu domu to jeszcze się trochę ludzie starają, a z tyłu mają kawałek ziemi i nic, i 20 lat patrzą się na szare ściany z pustaków, zbiornik na olej i betonowe, brudne patio. Bardzo przygnębiające. Rozumiem jeszcze jak ktoś nie ma siły czy ochoty na prace ogrodowe i zostawia naturze swobodę – jakieś bluszcze się pną, jakieś mlecze i dzika trawa, kwiaciory co przypadkiem się wysiały, całość dzika i zapuszczona, ale tętni życiem. Ale najbardziej, najbardziej wprzygnębiające jest, jak człowiek chce mieć ‚porządek’ i betonuje swój kwadrat, albo nie pozwala bluszczom i innym pnączom zasiedlić grządek koło muru i zostawia gołe, szare ściany z pustaków. Czyńcie sobie ziemię zabetonowaną.
Poza tym dziś w Irl wybory lokalne i do UE. W obu mogę i będę głosować, oczywiście na partie lewackie i – nie wiem czemu – mało popularne;). Przy okazji jest jeszcze referendum, czy skrócić okres przez który nie można brać rozwodu – obecnie trzeba być 4 lata w separacji, żeby złożyć wniosek o rozwód. Ludzie się rozstają, mieszkają już z kimś innym, mają z nim dzieci i dopiero mogą się starać o rozwód i jestem oczywiście za skróceniem tego okresu, ale w tej kwestii nie mam prawa głosu – jako nie-obywatel Irl nie mogę głosować w referendach.





Pierwsze zdjęcie sprzed paru tygodni, drugie z dzisiaj. Mój bez karlowaty, który będzie tutaj właśnie stał, ale muszę go jeszcze tylko porządnie zasadzić, obok niego lawendy i takie dziwne helichrysum czyli po polsku kocanki. I Mo.
Mo wychodzi codziennie rano do ogrodu zobaczyć, czy roślinki rosną. Podchodzi do każdej i z poważną miną ogląda. Podlewa. Zrywa kwiatuszki i mi przynosi.
Czekam na lato. Czekam na koniec roboty. Czekam na obiady na dworze. Czekam na wąchanie obłędnych bzów i jaśminu. Czekam na słońce.
Eseje. Eseje, eseje, eseje, raporty, refleksje, testy, egzaminy.
Aktualnie siedzę nad takimi na 3000 tys słów, czyli 11 stron. Mam swój własny osobisty limit czterech dziennie, więcej nie daję rady sprawdzać, choćbym siedziała pół nocy. Umysł mi się wyłącza mniej więcej po trzydziestu stronach, czyli po trzech esejach, a tu trzeba jeszcze uzasadnienie oceny napisać, rady dla studentów, wypełnić poszczególne rubryczki kompleksowej oceny. Jeden esej zabiera mi tak gdzieś półtorej godziny, no więc zgadza się – razem to sześć godzin pracy, czyli osiem z przerwą na oddech;) Po tych sześciu godzinach głowa się robi kwadratowa, i – tak, jak naprawdę nigdy, bo mnie nigdy nigdy głowa nie boli – zaczyna boleć. Trochę, taka jedna pewnoby powiedziała ‚tak wyobrażam sobie niebo’, ale dla mnie to już katastrofa. Bo mnie nigdy głowa nie boli;)
Poza tym zimno. W dzień 10-12 stopni, 14 jak dobrze przygrzeje, czyli zimnica. Nakupowałam kwiaciorów, zamierzam sadzić, ale nie mam czasu. Ogarniam ogród tak trochę z doskoku, parę rzeczy wsadziłam do ziemi, ale naprawdę większość czeka.
Kupiłam sobie piękny bez karłowaty, który mi będzie rósł w doniczce pod oknem, kupiłam też różową hortensję. Ma wyglądać tak:

I taką pnącą się, do cienia, pod mur:

Kupiłam paprocie, czaję się na ślubojawki (hehe).
Dereń z lidla chyba jednak wyzionął był ducha, a już widziałam oczami wyobraźni rozgrzewającą czerwień w środku zimy. Umarł samotnie na półce w dyskoncie i nie byłam wstanie go wskrzesić na trzeci dzień.

Ale za to rośliny z Aldika, sprzedawane pod jakże wdzięcznym określeniem ‚pnącza’, po 1.50 e sztuka, prawdziwa okazja!, mają się dobrze. Uratowałam je od śmierci z pragnienia, przyniosłam do domu doniczki z ziemą suchą jak wiór, wyglądało, że już nic z nich nie będzie. Wzięłam z osiem i chyba wszystkie przetrwają. Tylko dalej nie wiem, co to za roślinki – polowałam na jaśmin, a mam chyba wiciokrzew, czyli po tutejszemu honeysuckle:

Na pewno też mam Virginia Creeper, czyli bardzo agresywne pnącze przecudnej urody:

Posadziłam je w najciemniejszym kącie, skąd nie da rady uciec, ale mam nadzieję, że przeżyje. Do towarzystwa dodałam mu jakiegoś powojnika, choć mam wrażenie, że raczej go zadusi, niż się zaprzyjaźnią.
Mam jeszcze na pewno passiflorę:

Dość łatwo poznać po liściach.
Są jeszcze ze trzy powojniki i jeszcze sama nie wiem co.
Przekonam się, jak wyrośnie, bo oczyma wyobraźni widzę już cały mur zarośnięty gąszczem przecudnych kwiatuszków, a to na razie takie ledwo odrostki od ziemi.
Wrzucę zdjęcia maluchów, dla potomności.