Tytuł 57

Nasza podróż przez różne budynki – teoretycznie mieszkalne, praktycznie w różnej fazie dezintegracji – trwała. A więc najpierw, kiedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że chcemy dom, poszliśmy oglądać mieszkanie trzypokojowe. Co ja mówię – mieszkanie – norę! ciemną, wilgotną norę, grobowiec, z maluśkimi oknami wychodzącymi na ścianę albo wysuniętymi tak, że cały pokój jest marnie oświetlony, mieszkanie, w którym jeszcze ciągle mieszkali lokatorzy, jakaś azjatycka rodzina z dziećmi i krewnymi, niektórzy z nich właśnie odsypiali nocną zmian, a agent otwierał drzwi do pokojów, w których zmęczeni, biedni ludzie, ze schowanymi twarzami, zakutani w kołdry, leżeli na materacach na podłodze.

Ciemna, zagrzybiała łazienka, w przedpokoju dziura w ścianie zasłonięta dyktą i rozczulające dziecięce rysunki przyklejone taśmą klejącą do odłażącej tapety, w dużym pokoju, połączonym z kuchnią, dwie sofy i kolejny materac, oparty o szafkę, widać, że ludzie śpiący tutaj w nocy muszą rano szybciutko się zebrać i zrobić miejsce na dzienne aktywności całej rodziny. My z Morinką zaglądający w każdy kąt i uśmiechający się z zażenowaniem lokator, który nam otworzył, ‚I am sorry, I am very sorry’ mógł tylko powiedzieć Mi na koniec.

Mieszkanie wystawione ‚okazyjnie’ za 180, okazyjnie, bo to centrum, ale jak przekroczyliśmy próg już kosztowało 240 i „musicie się szybko się decydować, bo sprzedającemu zależy na czasie”. A widok tych biednych imigrantów, rodzin z dziećmi, ludzi, traktowanych jak nie-ludzie, zmęczonych, skulonych, zwiniętych postaci, zapierdalających w nocy, pewnie za płacę minimalną, na ten dobrobyt Irlandii i tego agenta, coby mógł sobie kupić kawę za dwa euro i chińszczyznę za pięć, agenta właśnie włażącego z butami w ich intymną biedę, i brud, bo jak jesteś biedny to mieszkasz w 10 osób a każda wymiana zaplutej wykładziny to luksus, w ich prywatność i wstyd, depczącego po kołdrach i ich godności, cały ten obraz nawiedzał mnie jeszcze długo.

 

Dodaj komentarz