Tytuł 58

Ake mi tutaj chce zepsuć suspens, ale ja się nie dam;)

A zatem pierwszym domem, który nam się spodobał, był ten oto tutaj. Niepozorny, dość mały, taki skromny, bez żadnego zadęcia i bez udawania, ale w fajnym (dość) miejscu, blisko parku, z zachodnim ogrodem, oryginalną drewnianą podłogą i oryginalnymi kominkami z lat 30tych. Dom, w którym nie trzeba właściwie nic robić i można się wprowadzać od zaraz, co nie znaczy, że od razu nie chciałam i nie planowałam w myślach co zmienię, co przestawię i co przemaluję. Ale ten jego brak zadęcia do nas przemówił, tym bardziej, że chyba przez właśnie to nie było żadnych chętnych, kiedy dzień po oglądaniu zadzwoniłam do agentki. Zaoferowaliśmy cenę 10 tys. niższą niż wywoławcza i mieliśmy nadzieję, że różne jego mankamenty odstraszą potencjalnych właścicieli: brak korytarza czy jakiegoś ganku, miejsca, gdzie możnaby powiesić płaszcz (GDZIE ONI TRZYMAJĄ BUTY??), malutka kuchnia, jak widać na zdjęciach, mniejsza właściwie od tej, którą teraz mamy, ale przede wszystkim łazienka W PRZYBUDÓWCE NA DOLE. Dość spora i właściwie w porządku, ale po pierwsze, zasłaniająca ogród, który można sobie oglądać z kibelka, zamiast z kuchni czy dużego pokoju, a po drugie, aby do niej dojść z sypialni na górze trzeba przejść przez cały dom – zejść po schodach, przejść przez duży pokój i jadalnię, kuchnię i mały korytarzyk. W nocy na przykład. Jak chce się siusiu. W planach zatem mieliśmy dorobienie łazienki na górze, ale za jakiś czas, jak już uzbieramy, a na teraz mieliśmy nadzieję, że to skutecznie zniechęci potencjalnych nabywców.

Agentka ofertę zanotowała i zaległa cisza, na jakieś dwa tygodnie. A po dwóch tygodniach licytacja nagle przyśpieszyła, agentka zadzwoniła do nas i triumfalnie poinformowała, że właśnie ktoś dał 237, od tego czasu cena zaczęła rosnąć, a my po cichu przestaliśmy po prostu brać udział w licytacji, kiedy oferty przekroczyły 250. Agentka zadzwoniła jeszcze do mnie prawie miesiąc później aby poinformować, że cena wynosi 262 i wtedy już oficjalnie się wycofaliśmy.

To nie był dom dla nas.

W międzyczasie oglądaliśmy przeróżne domy, ale wszystkie w stanie mniejszego lub większego rozkładu a sprzedawane za 240, 250 czy 280 tysięcy i wtedy zaczęło do nas docierać, że na tę okolicę już nas nie stać. 

Tytuł 59

Od tego czasu zaczęliśmy oglądać przeróżne nieruchomości w wybranych dzielnicach. Głównym kryterium była oczywiście cena – nie przekraczająca 250 tys., ale, jak się szybko okazało, lista rzeczy, które taki dom powinien mieć z każdym następnym oglądniętym domem się rozrastała. I tak, południowy, albo zachodni ogród, w ogóle ogród, a nie ‚courtyard’, który może wyglądać tak:

natural courtyard decoration combined with corner white seating area set under wooden pergola canopy for small space

albo tak:

stoneybatter

choć najczęściej tak:

inchicore

Do tego blisko do niewyznaniowej szkoły, do której zapisałam Mo jak miała 6 miesięcy (91% szkół podstawowych w Irlandii to szkoły katolickie, trochę jest protestanckich i dwie muzułmańskie;), albo drugiej niewyznaniowej szkoły, do której chodził Adek, coby nie musiała potem na lekcji religii kolorować podręcznika z krzywo odciętymi poleceniami i wyrwanymi zasadami wiary, jak dziecko mojej koleżanki. 

Ogród, szkoła, nie bardzo ruchliwa ulica, bo mimo, że przyzwyczaiłam się do szumu samochodów tu, gdzie mieszkamy, chciałabym móc wypuścić na ulicę Mo bez ciągłego lęku, że wpadnie pod samochód. Spokojne osiedle, sąsiedzi z dziećmi. Dom nie za duży, żeby zostało nam na chleb, jak będziemy musieli go ogrzewać w zimie, ale i nie za mały, żebyśmy mogli się pomieścić w czwórkę. Dwie sypialnie, tzw. living room i kuchnia/jadalnia osobno. Fajnie byłoby z bocznym wejściem, aby móc gdzie trzymać rowery. I co najważniejsze, nie za daleko od centrum, abyśmy mogli wciąż dojeżdżać na rowerze do pracy – moją granicą jest pół godziny, czyli 6 kilometrów od centrum miasta. Nie mieliśmy zbyt wielkich wymagań do stanu domu, mógł być ‚trochę używany’, a nawet bardziej, niż trochę. Damy radę.

Szybko okazało się, że domy którymi jesteśmy zainteresowani w tych ‚lepszych dzielnicach’ (ale proszę tej lepszości nie brać dosłownie, Irlandczyk by się przewrócił ze śmiechu, słysząć, że Drimnagh czy Crumlin to ‚lepsze dzielnice’) choć startują z ceny akceptowalnej dla nas, bardzo szybko idą do góry.

Krótkie wyjaśnienie procesu kupowania domu w Irlandii: Dom jest wystawiany na sprzedaż (na przykład na tej stronie:http://www.daft.ie/dublin/property-for-sale/crumlin/) z tzw. asking price, która określa mniej więcej ile chce sprzedający, ale nie jest ceną sprzedaży. Ta zależy od tego, ile zechcą dać kupujący, którzy po obejrzeniu domu składają ofertę do biura. W czasie rosnących cen jest ona przeważnie podbijana przez innego kupującego, który dowiadując się o daną nieruchomość od razu uzyskuje informacje o tzw. ‚current offer’ i jeśli chce, może dać więcej. Takie podbijanie ceny trwa jakiś czas, jak długo zależy głównie od tego ile osób jest zainteresowanych oraz od ograniczeń czasowych sprzedającego, a kiedy zostanie na placu boju jeden oferent agencja przeważnie czeka dzień i ogłasza wygranie przetargu. Tu następują gratulacje a oszołomiony delikwent nie może pozbierać szczęki z podłogi nie wierząc, że właśnie dał 50 tysięcy więcej  za dom i nie wiedząc, czy ma się cieszyć, czy rozpaczać. Na tym etapie może się oczywiście jeszcze wycofać, ale przecież już przeważnie wie, że nie ma szans na kupienie domu taniej, bo we wszystkich innych aukcjach, które przecież obdzwonił, cena też już jest 30-40 tysięcy wyższa, a końca nie widać.