Tytuł 59

Od tego czasu zaczęliśmy oglądać przeróżne nieruchomości w wybranych dzielnicach. Głównym kryterium była oczywiście cena – nie przekraczająca 250 tys., ale, jak się szybko okazało, lista rzeczy, które taki dom powinien mieć z każdym następnym oglądniętym domem się rozrastała. I tak, południowy, albo zachodni ogród, w ogóle ogród, a nie ‚courtyard’, który może wyglądać tak:

natural courtyard decoration combined with corner white seating area set under wooden pergola canopy for small space

albo tak:

stoneybatter

choć najczęściej tak:

inchicore

Do tego blisko do niewyznaniowej szkoły, do której zapisałam Mo jak miała 6 miesięcy (91% szkół podstawowych w Irlandii to szkoły katolickie, trochę jest protestanckich i dwie muzułmańskie;), albo drugiej niewyznaniowej szkoły, do której chodził Adek, coby nie musiała potem na lekcji religii kolorować podręcznika z krzywo odciętymi poleceniami i wyrwanymi zasadami wiary, jak dziecko mojej koleżanki. 

Ogród, szkoła, nie bardzo ruchliwa ulica, bo mimo, że przyzwyczaiłam się do szumu samochodów tu, gdzie mieszkamy, chciałabym móc wypuścić na ulicę Mo bez ciągłego lęku, że wpadnie pod samochód. Spokojne osiedle, sąsiedzi z dziećmi. Dom nie za duży, żeby zostało nam na chleb, jak będziemy musieli go ogrzewać w zimie, ale i nie za mały, żebyśmy mogli się pomieścić w czwórkę. Dwie sypialnie, tzw. living room i kuchnia/jadalnia osobno. Fajnie byłoby z bocznym wejściem, aby móc gdzie trzymać rowery. I co najważniejsze, nie za daleko od centrum, abyśmy mogli wciąż dojeżdżać na rowerze do pracy – moją granicą jest pół godziny, czyli 6 kilometrów od centrum miasta. Nie mieliśmy zbyt wielkich wymagań do stanu domu, mógł być ‚trochę używany’, a nawet bardziej, niż trochę. Damy radę.

Szybko okazało się, że domy którymi jesteśmy zainteresowani w tych ‚lepszych dzielnicach’ (ale proszę tej lepszości nie brać dosłownie, Irlandczyk by się przewrócił ze śmiechu, słysząć, że Drimnagh czy Crumlin to ‚lepsze dzielnice’) choć startują z ceny akceptowalnej dla nas, bardzo szybko idą do góry.

Krótkie wyjaśnienie procesu kupowania domu w Irlandii: Dom jest wystawiany na sprzedaż (na przykład na tej stronie:http://www.daft.ie/dublin/property-for-sale/crumlin/) z tzw. asking price, która określa mniej więcej ile chce sprzedający, ale nie jest ceną sprzedaży. Ta zależy od tego, ile zechcą dać kupujący, którzy po obejrzeniu domu składają ofertę do biura. W czasie rosnących cen jest ona przeważnie podbijana przez innego kupującego, który dowiadując się o daną nieruchomość od razu uzyskuje informacje o tzw. ‚current offer’ i jeśli chce, może dać więcej. Takie podbijanie ceny trwa jakiś czas, jak długo zależy głównie od tego ile osób jest zainteresowanych oraz od ograniczeń czasowych sprzedającego, a kiedy zostanie na placu boju jeden oferent agencja przeważnie czeka dzień i ogłasza wygranie przetargu. Tu następują gratulacje a oszołomiony delikwent nie może pozbierać szczęki z podłogi nie wierząc, że właśnie dał 50 tysięcy więcej  za dom i nie wiedząc, czy ma się cieszyć, czy rozpaczać. Na tym etapie może się oczywiście jeszcze wycofać, ale przecież już przeważnie wie, że nie ma szans na kupienie domu taniej, bo we wszystkich innych aukcjach, które przecież obdzwonił, cena też już jest 30-40 tysięcy wyższa, a końca nie widać.

 

 

 

Dodaj komentarz