Ach, lekceważę bloga, opowieść skończyła się dziesiątego lipca, a tu prawie już jego koniec!
A zatem, pewnego dnia, kiedy postanowiliśmy rozszerzyć trochę nasze poszukiwania i szukać również na obszarach, na które wcześniej kręciliśmy nosem (jeszcze kawałek dalej od miasta, poza taką naszą umowną granicę na jednej ulicy) pojawiliśmy się na pewnej ulicy, aby obejrzeć pewien dom. Dość tani, dość mały, ale z dużym zachodnim ogrodem czyli w tak zwanym aspekcie wschód-zachód: jedna sypialnia na wschód, druga na zachód, kuchnia na zachód, pokój dzienny na wschód. Dla niektórych to najlepszy aspekt pod słońcem, zapewniający mnóstwo bezpośredniego światła przez cały dzień i to właśnie nas skusiło, żeby go obejrzeć. Niestety, spóźniliśmy się nieco na oglądanie i agentka już sobie poszła. Postaliśmy sobie chwilkę na ulicy, z domu na przeciwko obczajała nas brygada młodych Irlandzkich dresów, z domu obok, z porzuconym, zardzewiałym rowerkiem i starą kuchenką na trawniku, wyglądały na nas ciekawskie oczy dzieci. Większość dresów weszła do środka, na podwórku zostało tylko dwóch dość głośno rozmawiających ziomeczków koło trzydziestki, kolesie jak wyjęci z filmów gangsterskich, łącznie z sygnetami, łańcuchami, białymi adidasami i odpowiednim akcentem. Dom też był interesujący, złocone końcówki sztachet pobłyskiwały w słońcu, fantazyjne ornamenty w oknach puszczały wesołe zajączki, a oślepiającą białość ściany frontowej podkreślał wybetonowany ogródek. Z furą na podjeździe, oczywiście. Zaradność finansowa sąsiadów rzucała się w oczy, można by powiedzieć, i nie bardzo czuliśmy się tam na miejscu, z naszymi ideami, rowerami i pewną życiową głupotą. ‚To nie jest dom dla nas’ stwierdziłam głośno, ale postanowiliśmy jeszcze trochę pojeździć po okolicy. Agentka powiedziała nam o dwóch nowych domach, które zostaną wystawione na sprzedaż na dniach i chcieliśmy je obejrzeć, choćby z zewnątrz.
W miarę, jak oddalaliśmy się od B. Parade*, robiło się coraz przyjemniej, a kiedy z powrotem przekroczyliśmy tę naszą umowną granicę poczuliśmy się już zupełnie dobrze. Niby podobne uliczki, parę minut na rowerze dalej, a atmosfera zupełnie inna, choć nawet trudno byłoby opisać, co składało się na tę różnicę. Jakieś bardzo nieuchwytne uczucie, że teraz już można głębiej oddychać, jakieś detale, drobiazgi zapewne podprogowo rejestrowane szczegóły zapewniły mnie, że tutaj jest bezpiecznie, że to dobre miejsce. Nowy dom również robił przyjemne wrażenie, z trawnikiem i krzakami róż, bez nadmiernego betonu, nic specjalnego, ale w połączeniu z okolicą wszystko to sprawiło, że oboje stwierdziliśmy jednogłoście, że ‚fajny jest’, jeszcze nawet przed zobaczeniem go w środku. Blisko parku (450m), na cichej uliczce, z dzieciakami na hulajnogach, z bocznym wejściem (rowery! będzie gdzie trzymać rowery!) i przystankiem minutę od domu z autobusem prosto do Adka uniwerku.
* jak się później okazało, mieliśmy dobre przeczucia – nie dalej niż w zeszłym tygodniu na tej ulicy skonfiskowano narkotyki za 4 mln euor: https://www.irishtimes.com/news/crime-and-law/three-men-arrested-after-drugs-worth-4m-seized-in-dublin-1.3158745


