Tytuł 161

39.

No to teraz tylko zabawa w czekanie. Za parę dni zacznę Morinkę wyganiać – może zacznę znowu biegać?;) Nie wiem, czy to ma w sumie większe znaczenie, bo dzieci się rodzą kiedy chcą – wg. ostatnich badań poród wywoływany jest podwyższonym stężeniem białka wytwarzanego przez dziecko kiedy jego płuca są już dojrzałe. Więc żadne domowe sposoby nie powinny tak naprawdę zadziałać, kiedy maluch jeszcze nie jest gotowy do samodzielnego oddychania. No i dobrze. 

A jeszcze parę dni temu rozmawiałam z nią, żeby jeszcze trochę została w środku. Adek miał bowiem 39.8 stopni gorączki od piątku, ale na szczęście już w niedzielę było lepiej. Ja się wczoraj czułam osłabiona, ale już dziś wiem, że raczej mnie nie dopadnie wirus, bo mam więcej energii niż w ostatnich dniach. Czyli może zmęczenie nie było związane z końcówką ciąży, tylko walką z infekcją wirusową. 

Czekanie.

Wymyślam sobie jakieś codzienne zadania, żeby mi nie odbijało. Nie chcę czekać i nie lubię, bo czekanie to bzdura, czas przecieka przez palce a nam się wydaje, że gdzieś dochodzimy. Otóż nigdzie nie dochodzimy, co ma się stać i tak się stanie, a przy okazji zmarnujemy sobie dwa tygodnie z życia. Albo miesiąc. Albo rok. Niektórzy to nawet parę lat. Nie wierzę w czekanie, wierzę w działanie albo świadome niedziałanie, wierzę w przepracowanie problemów, ustawienie ich w innym świetle, powolną zmianę optyki, ale nie wierzę w czekanie. A zatem nie czekam, choć przyznać muszę, że jest to w jakiś sposób czas szczególny, czas jakby pewnego zawieszenia, spowolnienia, czas nie-zaczynania niczego nowego, czas przyczajenia do skoku. 

39. I kto by pomyślał, z moimi wizjami skracającej się szyjki (nie, oczywiście, że nie miałam), krwotoków (nieee) i cukrzycy ciążowej (nie-e). 

Aby przetrwać ten tydzień kupiłam sobie włóczkę i robię Morince kocyk. Dawno nic nie robiłam na drutach, ale chcę mieć coś dla niej od siebie, coś zrobionego, nie kupowanego. Choć wyjdzie drożej, niż w sklepie – za bawełnę na 2 kocyki i druty zapłaciłam 32 euro. Ale mam czystą bawełnę, taką, jak chciałam, w kolorach takich, jak chciałam. I jaka to frajda robić na drutach!

W czwartek ostatnie spotkanie z panią psychoanalityk przed przerwą, mineło półtora roku od kiedy zaczęłam do niej chodzić. Była to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu i jedne z najlepiej wydanych pieniędzy. Zmiana potrzebuje czasu, objawienia są prawdziwą rzadkością, trudno liczyć na zostanie świętym Augustynem albo Buddą, nawet w 10 tygodni trudno zmienić swoje życie, bo zmiana to czas i praca, powolne rozumienie na poziomie głębszym niż intelekt, powolne dokopywanie się i grzebanie w ranach i zasuszonych głupkowatych przekonaniach, które zawsze najsilniej ujawniają się w czasie stresu i pod ciężarem zewnętrznych okoliczności. Terapia to zrozumienie, zagubienie, stracenie i powolny powrót PRAWIE do punktu wyjścia, ponowne zrozumienie, czy raczej przybliżenie zrozumienia, bo nigdy nie pojmiemy do końca. To prawie robi tu naprawdę wielką różnicę, bo wielokrotnie robiłam to samo bez terapii, ale przeważnie kończyło się to utratą wglądu w ciężkich chwilach, błądzeniem po omacku i wracaniem do tych samych wątpliwości i projekcji, tak, jakby w pewnych momentach włączał się automatyczny pilot i kierował mnie na dobrze znane rejony. I nie ma tu znaczenia, czy terapeuta skupia się na przeszłości, bo przecież te schematy tworzą się bardzo bardzo wcześnie (zaraz po urodzeniu uczymy się, czy świat na który przyszliśmy jest przyjazny czy nie, a potem przez pierwszych parę miesięcy budujemy sobie emocjonalno-intelektualny układ odniesienie, który później jest przeważnie tylko doskonalony, a bardzo rzadko zmieniany), czy na teraźniejszości – bo schemat funkcjonuje tu i teraz, tu i teraz mamy głębokie przekonania na temat tego, czy można ufać ludziom, czy wręcz przeciwnie, czy lepiej działać, czy czekać, czy mieć najdzieję, że się uda, czy wiedzieć, że i tak się nie uda, czy nadajemy się na studia, czy za wysokie progi, czy jesteśmy fajni, czy nie, czy zasługujemy na dobrego faceta, czy zadowalamy się romansami z żonatymi. I tak dalej.

Każdy z nas ma takiego pilota, takie schematy, przez które widzi świat, na których prawdziwość znajduje potwierdzenie zupełnie ignorując sytuacje, które im zaprzeczają. Dokładnie jak opisana wcześniej MK. Dobry terapeuta potrafi zatrzymać cię w tej spirali, przypomnieć ci, co jeszcze tydzień temu zrozumiałeś, zatrzymać cię za kołnierz przed kolejnym cyklem osuwania się w znajome skostniałe mniemania. Nie tworzy za ciebie świata, nie podsuwa własnego, nie wymyśla rozwiązań, daje ci tylko przestrzeń na myślenie, a potem pokazuje, że już to wiesz, że możesz pójść dalej, zamiast kręcić się w kółko, PRZYPOMINA ci, co już zrozumiałeś, a to pozwala zrozumieniu na zakotwiczenie się w twojej nieświadomości. 

A teraz jesteśmy głodne i idziemy jeść z Morinką.

Dodaj komentarz