Tytuł 165

Morinka oto dziś została dzieckiem donoszonym. 37 tydzień, brzuch duży, okrągły jak piłka, a poza tym nic. 9 kg i ani grama więcej, czyli 2 litry dodatkowej krwi, łożysko, 3 kg dziecka, wody płodowe i większa macica. I cycki. Ani spuchniętych nóg, ani dodatkowych boczków, ani nic.

A może ja się minęłam z powołaniem? Może powinnam zostać surogatką? Tak mi ta ciąża nie ciąży. Choć przyznać muszę, że schylanie trochę trudne no i zaczęłam się kolebać jak idę. No i mi ciągle gorąco a czasami duszno, w kółko otwieram okna i robię przeciągi. 

Dziecko donoszone. Dobujane, dobiegane, dowiezione na rowerze. Wcinam śledzie z jabłkiem i śmietaną i uśmiecham się na samą myśl, że już mogłaby się bezpiecznie urodzić. Bezpieczniej nie będzie. Moja Morinka, morska dziewczynka, z którą cały czas jest wszystko dobrze. Od samego początku Morinek idealny – ja pełna strachów, katastroficznych wizji, niepewności, niepokoju, obaw. Oczyma duszy widząca brak bicia serca w siódmym tygodniu, poronienie, krwiaka, siebie w klinice aborcyjnej w Londynie, bo dziecko ma poważną wadę genetyczną uniemożliwiającą życie, albo wiezioną do szpitala z powodu krwawienia w 23 tygodniu. Przedwczesne odejście wód płodowych, krwotoki, zatrucie ciążowe, cukrzycę. Wizje i strachy. Katastrofy. Czarnowidztwo. Smutny zwierz urwał się z uwięzi i wyje. I wbrew temu wszystkiemu najzdrowsza ciąża, jaką znam, zdrowa Morinka, wyniki książkowe. Morinka nawet już się ustawiła głową w dół, szykując się do skoku. Jak zwykle bezproblemowo. Nawet łożysko się podniosło i zostało to przypieczętowane przeniesieniem do kliniki niskiego ryzyka, pomimo 40 lat. 

Moja Morinka. Zdrowa, niekłopotliwa, ruchliwa w sam raz. Śpi jak biegam, tańczy jak słuchamy muzyczki. Ostatnio lubi śledzie, nic mi tak nie smakuje jak właśnie one, kupuję matjasy co dwa dni i na przemian z jabłkiem i śmietaną albo przecierem pomidorowym i rodzynkami. A w mądrych książkach czytam „pod koniec ciąży następuje intensywny rozwój mózgu i kształtowanie się kory mózgowej”, czyli dziecko potrzebuje Omega 3, którego śledzie są najlepszym źródłem. No i proszę, jak to Morinka – żąda śledzi, bo sobie rozwija mózg. Mądrala. 

Na weekend miałam wakacje. Byliśmy u znanych skądinąd dobrych ludzi F, nad morzem oczywiście. Dwa dni byczenia się w ogródku, nad morzem, oglądania natury i gadania. I mamy przepiękną chustę do noszenia! Tego mi było trzeba. A kiedy przyjechałam do D smutek mnie okropny dopadł i dół, że jak to tak, że to kompletnie niesprawiedliwe, że jak zwykle dobrzy ludzie dostają po dupie od systemu, od świata, od rzeczywistości. I w poniedziałek jeszcze szlochałam, tym razem nad losem swoim i brakiem perspektyw, bo jakoś tak mnie dopadło, że gdziekolwiek się obrócę, to dupa zawsze z tyłu, nie mamy szans na własny dom, choćbyśmy nie wiem jak bardzo stawali na głowie. Taka to pułapka biedy – ponieważ jesteśmy za biedni na kredyt, płacimy dwa razy więcej za wynajem. 

Ale już w poniedziałek inne idee zaczeły się wyłaniać, kiełkować i rosnąć i zaprawdę powiadam wam, kiedy drzwi zamknięte to trzeba oknem, kiedy standardowe rozwiązania zawiązane, to pojawia się coś niestandardowego, prawdziwa kreatywność dopiero wtedy się ujawnia, kiedy jesteśmy przyparci do muru i wydaje się nam, że nie ma wyjścia.

Tiny house, malutki domek, bo przecież i tak tyle mej ziemi ile jej stopą mą pokrywam.


Tiny house, w którym z konieczności będziesz miał tylko rzeczy koniecznie niezbędne.

Tiny house jako przedłużenie idei nie obciążania się niepotrzebnymi rzeczami, myślami i kredytami, zobowiązaniami, na które trzeba więcej i więcej pracować w nieustającym kieracie korporacji. Miejsce pomagające w walce z zachłannością i nadmiernym konsumpcjonizmem, przestrzeń zewnętrzna kształtująca wewnętrzną dyscyplinę i wolność. Nie bez powodu zen powstał w Japonii, krainie małej przestrzeni.

 Tiny house nie musi być nawet taki tiny, tu proszę irlandzka firma stawia 55m2 za 60 tysięcy euro:

Dwa razy droższy niż tiny house, dwa razy tańszy niż normalny dom. Do tego tylko mały kawałek ziemi (w Dub to 80 tysięcy) i mielibyśmy kawałek swojego świata z przyrodą za cenę jednopokojowego mieszkania. Malutkie, ale na naszą miarę, z ewentualnym kredytem na 300 euro miesięcznie. Czyli mniej, niż płaci się obecnie w D za pokój. Dzielony z inną osobą. Albo bez kredytu – po prostu tiny house. Malutki. Jak Adek będzie chciał, to za jakiś czas dokupimy mu drugi domek obok nas. Też za 15 tysięcy. Malutki. Ale za cenę rocznego czynszu. A jak Morinka dorośnie – trzeci.