Tytuł 162

Ciągle monotematycznie.

Wczoraj wizyta, jak zwykle wszystko dobrze. Położna jest very happy i najprawdopodobniej będę miała możliwość rodzić w basenie. Jupi! Warunkiem jest idealna ciąża i poród całkowicie naturalny, bez znieczulenia zewnątrzoponowego i bez wywoływania. No i oczywiście wolny basen, bo mają tylko jeden.

Chciałabym bardzo, próbuję się przygotować do Hypnobirthing. W skrócie idea jest taka, że poród jest naturalny jak poczęcie i nie powinien tak potwornie boleć, jak przyjęło się o tym myśleć. Z powodu niewielu procent medycznych komplikacji wszystkie porody zmedykalizowano i kobieta zamiast słuchać swojego ciała zaczyna zachowywać się jak pacjentka, której coś dolega. A powinna się nauczyć pracować z oddechem i skurczami i przede wszystkim się nie bać, bo strach powoduje zaciśnięcie się szyjki macicy i długi, niepotrzebnie bolesny poród. Wszystko to do mnie przemawia, wiem, że ciało potrafi robić tak różne hocki klocki, że nie śniło się filozofom, w czasie ataków paniki czujemy jakbyśmy umierali, a przecież tak naprawdę nic się nie dzieje, wiem, że nawet odbieranie bólu zależy jak go zinterpretujemy i tak na przykład ja lubię chodzić do dentysty i w ogóle się nie boję borowania, od kiedy sobie wkręciłam, że jest to zdrowe i oznacza to, że nie będę miała problemów z zębami w przyszłości. Czuję, że dbam o siebie i ból mnie nie bardzo obchodzi. Wiem, że różne nieprzyjemne czy wręcz bolesne wrażenia z ciała kreujemy sami, przez naszą fałszywą ich interpretację (pamiętam, jak czułam, że mam raka płuc, hehe). Kupiłam sobie książke Hypnobirthing i ćwiczę sama, na kurs już było za późno, ale skoro medytuję codziennie to może choć trochę mi się uda;)

Pamiętając jak bolał poród wywoływany oksytocyną, kiedy musiałam leżeć leżeć leżeć a akcja porodowa nie postępowała, kiedy podkręcili mi kroplówkę tak, że skurcze miałam właściwie cały czas, tylko one nic nie dawały, kiedy nie pozwolili mi nic jeść i pić przez 24 godziny porodu, kiedy pod koniec byłam tak osłabiona, że nawet nie miałam siły krzyczeć, kiedy zabrano mi Adka zaraz po i zwrócono go dopiero 3 godziny później i to tylko dlatego, że był zmarznięty, kiedy potem znowu mi go zabrano i przynoszono co 3 godziny na karmienie, a on nie chciał jeść, a jak nie miałam mleka, pamiętając zatem to wszystko, tym razem chcę inaczej. 

Mam wrażenie, że medykalizacja porodu to spirala, zaczyna się od przedstawiania go w kontekście medycznej interwencji i straszenia bólem, a kończy się na karmieniu butelką, przestraszone kobiece ciało zamyka się w sobie, zaciska w pięść i nie chce, nie poddaje się skurczom. I nie otwiera. Ja chcę tym razem inaczej. Po ludzku. W intymnej atmosferze. Bez kroplówki i leżenia.

Nie jestem oczywiście aż taką hipiską, żeby marzyć o porodzie w domu, choć akurat w moim przypadku byłoby to w miarę bezpieczne – do szpitala mam 2 minuty na piechotę i w razie czego, to by mnie nawet ze śmierci klinicznej odratowali. Ale aż taką naturopatką nie jestem, chcę być w szpitalu jakby co. Jakby co, ale nie po to, żeby mi przeszkadzali w rodzeniu, jak wszytko idzie dobrze. O.

Od niedawna odkrywam swoją siłę sprawczą i cieszy mnie to, na przykład poczułam, że mogę mówić nie i moja ocena sytuacji jest w wielu przypadkach równoważna z oceną osób z zewnątrz.

Oczywiście do pewnego stopnia.