Tytuł 163

38+1

Przestałam biegać. Moje ciało po prostu mówi nie. Od paru dni (2? 3?) jest wyraźnie ciężej, może też do tego się dokłada zmasowany atak traw, którego początki odczułam jeszcze w Waterford. Nie mogę brać sterydów i leżę i kicham. Słoneczna, sucha pogoda jest dla mnie przekleństwem. Hay fever. Rozkłada na łopatki.

Nadal ćwiczę jogę rano, jeżdżę na rowerze (ale nie po mieście) zamierzam też iść na basen, tylko muszę przestać kurcze kichać! Wczoraj bardzo aktywnie – Ikea, sprzątanie, ale dziś prawie cały dzień przeleżałam. Daję sobie prawo do leżenie, staram się tylko wyłączać komputer i ograniczać kompulsywne przeglądanie Internetu, a zamiast tego czytać książki. Tak, jak dotąd każdemu pytającemu chyba się nie możesz doczekać? odpowiadałam wprost przeciwnie!, bo cały czas czułam się fantastycznie, a za to myśl o połogu mnie trochę przerażała, teraz zaczynam czuć, że chyba jestem gotowa i trudno mi sobie wyobrazić chodzenie w ciąży przez kolejny miesiąc. Choć może się to zdarzyć – Adka przenosiłam dwa tygodnie. 

Pytania Moon kazały mi się zastanowić nad motywami mojej znajomości z Kopniętą Mary – i tak, jak na początku rzeczywiście ta chęć utrzymywania kontaktu z nią była częściowo podtrzymywana potrzebą kontaktu z tubylcami, tak teraz już tak nie jest. Mamy innych znajomych, nie brakuje mi środowiska tubylczego, choć oczywiście nasze kontakty społeczne są skromniejsze, niż w Polsce. Ale też nie mam tyle czasu, co na studiach czy zaraz po nich w Pl. Sama MK też się zmieniła i jest dużo bardziej neurotyczna niż jeszcze dwa, trzy lata temu. Jest to osoba samotna, w moim wieku (czyli po czterdziestce) i mam wrażenie, że doszła do jakiejś takiej swojej granicy – parę ostatnich związków jej nie wyszło, bardzo fajny facet, z którym się kiedyś  spotykała i w którym była bardzo zakochana związał się dwa lata temu z inną (też bardzo fajną dziewczyną) i właśnie będą mieli dziecko, a w dodatku ta inna to też babka po czterdziestce. Nie ma rodziny, nie ma dzieci, nie ma faceta, w pracy kijowo, chciała zmienić karierę i zapisała się na studia, które też idą jej kiepsko. Od dawna zachęcałam ją do terapii, no ale jak sama wiem po sobie do terapii trzeba dojrzeć. Nie spotykam się też z nią często – po Sylwestrze się (chyba) obraziła, nie zaprzątałam sobie głowy o co, znając jej umiejętności projekcji i tak minęło pięć miesięcy i spotkałyśmy się dopiero, kiedy nasz wspólny przyjaciel zorganizował wyjście do pubu, gdzie było naprawdę fajnie, ale mam wrażenie, że to Karl rozładowywał atmosferę. Wśród jego dowcipnych, lekkich komentarzy jej neuroza wydawała sie niegroźna, a wręcz zabawna. Pośmialiśmy się razem z jej pomysłów założenia wspólnego domu starców i strachów, co będziemy robić za lat czterdzieści. Tak nam się fajnie gadało, że się nieopatrznie zachęciłam do kolejnego spotkania, które wyglądało tak, jak opisałam. 

Morinka ostatnio szaleje. Kopie mnie w pęcherz, żołądek, wątrobę i sama nie wiem już co, to już nie są delikatne muśnięcia, ale prawdziwe kung fu fighting. Zaczyna być jej ciasno. Ale objawów zbliżającego się porodu nie mam, no i dobrze – niech jeszcze posiedzi. Teraz jej się najintensywniej rozwija mózg, a skoro wcześniaki są słabsze z matmy, to mam taką teorię, że im dłużej w środku, tym większe zdolności matematyczne;D Adek najlepszym przykładem;) Robię więc śledzie, puszczam muzyczkę i wyleguję się, niech się rozwija moja Curie-Skłodowska;).