Kopnięta Mary i projekcje, czyli o tym jak zostałam dyktatorem

Mam taką koleżankę tutaj, która figuruje w moim telefonie jako Mary Kopnięta (jest Irlandką, więc czuję się dość swobodnie a nadałam jej ksywkę po spotkaniu, po którym wyszłam z siebie).

Mary Kopnięta jest dla mnie koleżanką, a równocześnie nieustającą przypowieścią o tym, w jaki sposób sami sobie definiujemy świat, który następnie dostosowuje się do naszej definicji. 

Mary ma różne stany i czasem jest naprawdę fajną osobą, ale niestety wystarczy kac, niewyspanie czy po prostu plamy na słońcu, by zaczęła się zachowywać jak w tę sobotę.

 

Wróciła z wakacji w Kanadzie. Nie widziałam jej trochę i z uwagi na mój stan błogosławiony i różne okoliczności przyrody chciałam się z nią spotkać dość szybko, bo w sumie naprawdę ją lubię, ale nie jest osobą, którą by się chciało gościć w połogu, jak się zaraz przekonacie.

Smsuję zatem do Mary w czwartek, czy wróciła i jak się ma, czy odpoczęła i że jakby chciała się spotkać, to ja chętnie. MK odpowiada, że myślała o mnie, że wróciła, choć jeszcze ciągle jest jeszcze zmęczona po podróży, choć w sumie czuje się ok. I zaraz potem czy w sobotę rano/ w południe by mi odpowiadało. Super, fajnie, odpisuję, ona też, że się skontaktuje w sobotę po swoim porannym biegu. No to fajnie. 

Ale z MK nic nie jest takie proste.

W tak zwanym międzyczasie wpadamy na pomysł weekendowego wyjścia do galerii na wystawę fotografii. Z takim naszym bliskim kumplem nie widzieliśmy się już z 2 miesiące, w dodatku parę razy przekładaliśmy spotkanie z powodu wyjazdu nad morze/zmęczenia/pilnej pracy. Dzwonię do kumpla czy wybrałby się do galerii i czy może w niedzielę, jemu pasuje raczej sobota, myśląc o MK umawiamy się na 2.30 po południu, po namyśle zmieniam na trzecią. Galeria otwarta do piątej.

W sobotni poranek jem spokojnie śniadanie. Jest dziewiąta. Piję kawę. Dziesiąta. Biorę prysznic, szykuję się na spotkanie z Mary. Wiem, że nie mogę do niej dzwonić wcześniej, bo poczuje się naciskana, przecież napisała, że się skontaktuje. Za dziesięć jedenasta piszę do niej, że jestem umówiona na trzecią do galerii, że oczywiście jest zaproszona jeśli ma ochotę z nami się przejść i pytam co z naszym spotkaniem. Odpisuje wpół do dwunastej, że wolałaby się spotkać wcześniej, bo ma zaplanowany wyjazd po południu do rodziców, że marzy o dobrej kawie i że zadzwoni jak weźmie prysznic.

Wymieniamy parę esemesów.

MK proponuje różne kawiarnie w których możemy się spotkać, jedna z nich jest dobre czterdzieści minut ode mnie, w stronę dokładnie przeciwną do galerii. Odpisuję, że to dość daleko, odpowiada, że możemy pojechać samochodem. 

Mija 40 minut.

Kwadrans po dwunastej piszę do niej esemesa ‚to gdzie i o której’. Oddzwania po dziesięciu minutach i pyta się mnie, czy mogę do niej przyjść, czy nie jest to za dużo chodzenia dla mnie. Śmieję się, że mogę chodzić, bez przesady, jedyny problem stanowi to, że jak do niej podejdę będzie przed pierwszą, zanim pojedziemy do kawiarni, o której myślała, będzie po pierwszej, będziemy więc miały na pogadanie tylko 45 minut. Czy to ma sens. Chwila ciszy.

Czuję, że już jest trochę zła. Mówi, że w takim razie przyjedzie po mnie.

Zjawia się po dwudziestu minutach, przed pierwszą. Kiedy wsiadam do samochodu widzę, że jest naburmuszona, w tak zwanym swoim najgorszym wydaniu. You’re bossy, aren’t you, Anna?* mówi do mnie i jeszcze You like making people do things your way!*

Zatyka mnie. Wiele rzeczy można o mnie powiedzieć, ale nie to, że lubię się rządzić. Ale dla niej jestem osobą, która lubi narzucać innym swoją wolę. Jedziemy do kawiarni, na szczęście decyduje się na tą bliżej. Po drodze gadamy o tym i o owym, coś jej opowiadam, zaczyna się denerwować, że nie skręciła we właściwym momencie. To już nie będę cię rozpraszać – mówię trochę żartobliwym tonem, chcąc rozładować atmosferę. Wreszcie docieramy do kawiarni, chcąc zrobić dla niej coś miłego (widzę, że jest porozwalana na drobne kawałeczki) chcę jej postawić kawę i ciastko, pytam się zatem, co wybiera. Dopiero tutaj przyszłam, jeszcze nie wybrałam przecież! prawie na mnie krzyczy. Ok, kupuję sobie ciastko, MK wpatruje się w szklaną ladę. Wybiera. Kupuje. Decyduje, że nie chce siedzieć w kawiarni, jest za dużo ludzi i za głośno. Pójdziemy sobie do parku. Ok, mówię, choć wiem, że w pobliżu nie ma parku, a jedyny zielony stary cmentarz za kościołem jest zamknięty. Idziemy. Cmentarz jest oczywiście zamknięty.

Lądujemy na małym wyłysiałym skwerku, na środku którego stoi jedyna ławka i krzyż z Maryjką i kwiatami. Na ławce jest tabliczka Ku pamięci tych, co popełnili samobójstwo i siedem nazwisk. Siadamy, MK czyta tabliczkę, przycupuje na skrawku, waha się czy siadać. Myślisz, że możemy tu usiąść? pyta się. Myślę, że tak, nie jest to brak szacunku, skoro postawili ławkę to chyba po to, żeby ludzie mogli przysiąść, mogli postawić pomnik, gdyby … Przerywa mi. Tak! Ja wiem, że cię to nie obchodzi!

I tak dalej. Po półtorej godziny spotkania jestem jak wymięta, spocona, skopana pościel, z czego nawet nie zdaję sobie sprawy zanim nie wrócę do domu. Na koniec MK mnie odwozi, chcę jej coś miłego powiedzieć na sam koniec, wiem, że już długo się z nią nie zobaczę. Nie dam rady i nie chodzi tu o małe dziecko. Obejmuję ją i mówię, że ją lubię, żeby pamiętała. Przepraszam, że byłam nieprzyjemna, odpowiada. Nie dbam o to mówię.

I dopiero w domu żałuję. Żałuję, że jej nie powiedziałam, że była. 

Bo był w tym wszystkim jakiś fałsz z moje strony, bo wiem, że już długo się z nią nie spotkam, że nie jestem Matką Teresą a ona nie jest niemowlęciem, któremu się wszystko wybacza.

 

 

I tak to stałam się osobą nieczułą z zapędami dyktatorskimi. W oczach Mary. Choć czułam się jak wymięte prześcieradło. Kopnięta Mary ma bowiem taki schemat świata i tak nieświadomie manipuluje, że ludzie grają odpowiednie role w jej prywatnym teatrze. A ona nigdy tego nie zobaczy sama z siebie, co do tego nie mam złudzeń.

 

 


* Lubisz się rządzić, nie? Lubisz, jak ludzie robią to, co ty chcesz.