No i wylądowałyśmy w czwartek w szpitalu.
Nie, nie przez bieganie ani jazdę na rowerze, przez coś znacznie przyjemniejszego, w szczegóły nie będę się zagłębiać. W sumie byłyśmy tylko dobę na obserwacji. Chyba nigdy w życiu nie byłam tak spokojna w szpitalu, WIEDZIAŁAM, że wszystko jest dobrze, co się potwierdzało z każdym następnym badaniem. Widziałam Morinkę, nie będzie dużym dzieckiem, aktualnie waży 2800, ale przecież ja też jestem szczupła. M się ze mnie śmieje, że biorę udział w zawodach ‚kto urośnie większe dziecko’ i że jakoś mi to na ambicję wjeżdża, bo zarządziłam tuczenie Moriniaka i siedzę i jem.
Ale nie o tym chciałam, tylko o szpitalu. Na tutejszych forach wiele Polek narzeka, że w Irl się ciążą tak nie przejmują. Może się nie przejmują, jak wszystko jest dobrze, ale jak tylko mają cień podejrzenia, to reagują natychmiast i traktują to bardzo poważnie. Poszłam na wizytę, bo kazali mi zgłaszać niepokojące mnie rzeczy, poszłam właściwie na luzie, czekając tylko na zapewnienie, że wszystko dobrze, a tu szast prast i zostawiamy panią na oddziale na obserwację, bo już niedaleko do porodu i zaraz tu KTG podłączać, badanie szyjki robić, krew, mocz, temperatura, usg, pełen zestaw. Bardzo się zdziwiłam, naprawdę czułam, że wszystko jest dobrze, a przyczyna niepokoju banalna. Ale położne nie pozwoliły mi już wyjść ze szpitala, skierowały mnie na oddział, dostałam łóżko, parawanik i co dwugodzinne słuchanie Moriniaka. Dobrze, że mieszkamy blisko, to zaraz mi M przyniósł rzeczy. Trafiłam na salę przedporodową, gdzie były mamy czekające na poród albo na diagnozę, sala na 4 łóżka i kobiety przywożone na chwilę i zawożone na porodówkę już z bólami.
Ale nie o tym chciałam.
Ale fajnie w tym szpitalu! Miłe położne, dobre jedzenie, CZYSTO, parawaniki, jednorazowe maty pod prysznic, na których się stoi, papier, ręczniki, ręczniczki, mydło, odkażacz do rąk, codziennie świeża woda do picia przynoszona przez salową i tak dalej. CZYSTO. Czyściutkie łazienki, prysznice, BIAŁA pachnąca pościel. Pewno w polskich szpitalach też już jest lepiej, niż w moich wspomnieniach sprzed 16 lat, kiedy rodziłam Adziarza, ale wtedy w pamięć wrył mi się horror – naprawdę brudne łazienki, toalety, prysznice, brak podstawowych artykułów higienicznych itp itd. W największym szpitalu we Wrocławiu. I niemiłe położne, niektóre opryskliwe, a niektóre po prostu zmęczone i zabiegane. I Adziarz przynoszony do karmienia co 3 godziny, ja przerażona i kompletnie zielona w kwestii karmienia i położne przystawiające Adziarza do piersi, co wyglądało jak atak piersi na główkę dziecka, dziesięciominutowa szarpanina, a kiedy w końcu zaczynał trochę ssać, to był zabierany po pół godzinie, bo ‚dziecko ma jeść a nie zasypiać”. I dokarmianie butelką, z którego byłam zadowolona, bo przecież ‚się nie najada piersią’. I to zwracanie się w trzeciej osobie – do końca życia zapamiętam ‚a mama co tak leży??‚ i siebie rozglądającą się po sali o kim jest mowa.
Tutaj – miłe położne, pamiętające cały czas o zapewnieniu intymności możliwej w danych warunkach – na przykład parawaniki byly zaciągane do KAŻDEGO badania, nawet do macania brzucha i KTG.
Cały czas czułam się tam jak człowiek, a nie niedorozwinięta umysłowo położnica.