Tytuł 174

Cały stres ostatnich dwóch, albo i trzech tygodni spłynął po mnie przedwczoraj, kiedy już z samego rana w rozmowie z M (który jest w Pl od tygodnia) popłakałam się, a potem jeszcze po południu płakałam i krzyczałam, właściwie to się darłam, że nie mam już siły, że mam dosyć, że nie mam ochoty na intelektualne dywagacje na temat rasizmu w amerykańskich filmach, bo wtedy mam poczucie winy, czuję się jak wstrętna nieczuła pipa, która ma w du.. cały świat i tylko zależy jej na własnej przyjemności i tak dalej i tym podobne i że jestem przeciążona, że się staram, że cały czas czytam jakieś prezentacje, artykuły, prace, eseje, nie mam już siły. Jak zatem widać atak spowodowały normalne uwagi M, choć wcale nie takie niewinne jak to M, uwagi jak zaproszenie do debaty, którą przeważnie lubię, ale nie teraz, ale nie w tym momencie, w tym momencie byłam jak przerażona, rozwałkowana kluska, rozłożona na łopatki, rozgotowany makaron, mazgaj mamałyga, wiktoriańska histeryczka. M się wycofał dopiero po jakiejś pół godzinie, bo on się rzadko w debatach poddaje, więc dopiero po pół godzinie zobaczył w jakim jestem stanie, normalnie jak nie ja, normalnie jak ingrediencja kuchenna.

Ale po ataku się uspokoiłam i mogłam porządnie się wyspać po raz pierwszy od tygodnia. Sytuacji wcale nie poprawia to, że muszę biegać po cichaczu, wymykać się z domu z duszą na ramieniu, przebierać się za kogoś innego, udawać, że to biega sąsiadka, czaić się, bać się i w ogóle być niepewnym przyszłości. Siedzę w domu i sprawdzam egzaminy i prace i czuję się, jakby mi całą radość z tej ciąży odebrali, czaję się, żeby pojechać nad morze, moją miłość, muszę być przygarbiona, przykucnięta, przyklapnięta, podczas gdy łożysko się nareszcie podniosło i mogłabym i chciałabym biegać i skakać i pójść na basen i na jogę i na spacer do parku i na rower i w ogóle.