Już od dawna wiadomo, że życie jest przewrotne i złośliwe i chodzi swoimi drogami, jak koty, i jak coś się komuś przydarza to jak w tej buddyjskiej opowiastce o chińskim wieśniaku, koniu, synu i przypadkach życiowych.
W mojej pracy się zrobiło bardzo nieciekawie, nic jeszcze oficjalnie nie wiadomo, ale nieoficjalnie się dowiedziałam o bardzo prawdopodobnych zwolnieniach które mają zostać ogłoszone w przyszłym tygodniu.
Bardzo, bardzo mnie to zaniepokoiło, a raczej szczerze mówiąc wyrzuciło mnie w kosmos, bo oto proszę bardzo, bach! i będziemy jak ta przysłowiowa rodzina patologiczna – oboje bez pracy, z dzieckiem i drugim w drodze. A Irl nie jest jednak takim welfare state, jak się niektórym ludziom wydaje, owszem, można wyżyć z zasiłku, to znaczy po prostu nie umrzeć z głodu, bo już na mieszkanie w którym mieszkamy 4 lata nie byłoby nas stać wcale i z dwójką dzieci do jednopokojowego musielibyśmy się przeprowadzać. Jeślibyśmy chcieli zostać w Dub. W którym jednak o pracę łatwiej. Ale na razie wiem, że nic nie wiem, nie wiem czy dotyczy to w ogóle mojego działu, czy pokrewnego, czy mnie, czy nie itd itp, niemniej jednak osoba poinformowana a dobrze mi życząca kazała mi wziąć dupę w troki i pozałatwiać formalnie różne rzeczy, które oczywiście odkładałam i odkładałam. Jak na przykład przynieść do pracy oficjalne zaświadczenie o ciąży, zawiadomić, że będę chciała iść na macierzyński i tak dalej. I skonsultować się z prawnikiem. I w sumie byłam dość spokojna przez dwa dni, dopóki nie spotkałam się właśnie z taką życzliwą mi wykładowczynią prawa pracy z mojej szkoły, która też kazała mi na-ten-tychmiast załatwiać różne papiery, tak w razie czego, żeby być ubezpieczonym w godzinie zero. Bo sądy lubią papierki. I tu mnie przestraszyła. Zapytała się na przykład wprost, czy nie mam jakiś dolegliwości ciążowych, czegokolwiek, co mogłabym wykorzystać na tzw. zdrowotne zwolnienie (nie jest to dokładnie to samo co chorobowe, bo jest to możliwe tylko w ciąży, kiedy nie możesz wykonywać pewnych czynności z powodu stanu odmiennego). I tak oto niskie łożysko zostało moim przyjacielem.
Ale w lekką paranoję wpadłam dopiero, jak poszłam złożyć zaświadczenie o byciu w stanie odmiennym i okazało się, że akurat wszyscy pracownicy działu HR są na urlopach/zwolnieniach/wyjeździe. Serio? Tak się po prostu złożyło? W 300 osobowej firmie? Więc biegiem do prawniczki po radę, a ona mi każe napisać formalnego maila do głownego managera i zostawić dokumenty u niego z adnotacją ‚w związku z absencją działu HR…’. Manager był bardzo miły, uśmiechał się do mnie i zapewniał, że przecież nie ma pośpiechu, dziewczyny z HR będą w przyszłym tygodniu. Prawie mnie przekonał;) Ale jak wiecie mam 40 lat i już nie ze mną te numery, więc też zaczęłam swoje opowieści, żeby go trochę przygotować – że mam nisko łożysko, że to jest związane z krwotokami i różnymi zagrożeniami i że moi lekarze nie są zbyt zadowoleni ze mnie biegającej do pracy i jutro mam wizytę u lekarza specjalisty i wtedy będę wiedziała więcej. Tak go chciałam przygotować na różne ewentualności, a on bardzo mi współczuł i tak oboje wymienialiśmy fałszywe uśmiechy.
W piątek rano pobiegłam do szpitala i bardzo miła (młoda i ładna na dodatek, czasem los nie ma litości) lekarka dała mi zwolnienie. Właściwie nie jest to zwolnienie, tylko zalecenie lekarskie siedzenia w domu ze względu na komplikacje medyczne, na podstawie którego chcę wystąpić o zwolnienie z obowiązku chodzenia do szkoły, nadal mogąc sprawdzać egzaminy i inne rzeczy w domu. Nie chroni mnie to przed utratą pracy, ale poważnie utrudnia sytuację pracodawcy w razie czego, bo sądy pracy są bardzo przychylne kobietom w ciąży i nie lubią, jak się je zwalnia zaraz jak dostarczą zaświadczenie o komplikacjach. A ja jestem bardzo bojowa i będę się sądzić do ostatniej kropli krwi. Ich. Kiedy rozpocznę macierzyński, to jestem już zupełnie chroniona, bo na macierzyńskim nie można zwalniać. Oczywiście mogą się mnie pozbyć zaraz potem, no ale zawsze będę miała te 6 miesięcy względnego spokoju. Zobaczymy.
A najlepsze jest to, że lekarka była tak bardzo miła, że wysłała mnie na dokładne USG i okazało się, że to CHOLERNE ŁOŻYSKO się podniosło i nie stanowi już żadnego zagrożenia! Do tego stopnia, że nie muszę już tego kontrolować za 6 tygodni i nie będę potrzebować cesarki. Mogę teraz biegać, latać, pływać i cholera wie co jeszcze i tak oto złośliwy los zadrwił ze mnie, bo oczywiście TERAZ powinnam raczej trochę spokojniejszy tryb prowadzić, skoro mam zalecenie siedzenia w domu. (Mam obawy, że będę biegać, a firma wynajmie kogoś, kto mi zrobi zdjęcie i wykorzysta to w sądzie podczas procesu;) Ale lekarka nie napisała jakiego rodzaju są to komplikacje medyczne, a stres w ciąży też jest niewskazany (opowiedziałam jej, jak to całą noc nie mogłam spać ze strachu).
U Morinki dobrze, wszystkie wymiary i rozmiary w absolutnym porządeczku. Mam jej najnowsze zdjęcia i jest coraz bardziej podobna do mnie – na pewno będzie miała mojego okropnego nochala z powodu którego miałam kompleksy w podstawówce. M mówi, że w takim razie będzie śliczna. Mam nadzieję. Zestaw podtrzymujący ją przy życiu też super, pępowina w najlepszym gatunku, łożysko nie wygląda na swój wiek, wody płodowe w idealnej ilości. I jeszcze lekarka powiedziała, że tak dobrze się trzymam dzięki temu, że jestem aktywna, więc samej sobie przybijam piątkę. O.