Semestr się skończył dwa tygodnie temu a ja dalej jak w kolejce górskiej. Zaczęło się od tego, że M wysłał abstrakt na międzynarodową konferencję i złożył podanie o dofinansowanie tejże, za bardzo jednak nie licząc na nic, tym bardziej, że konf bardzo droga (sama opłata 450 euro, a jeszcze noclegi, przeloty, życie). Więc się nie nastawiał. No i okazało się, że i zakwalifikowali go do wystąpienia i wydział przyznał mu kasę. Ale tylko na 1/3 kosztów. Ale za to jako jednej z dwóch osób w całej szkole, a drugi koleś jest na trzecim roku i jedzie do Harvardu. Ale jedna trzecia to za mało, więc nie jedzie. Ale szkoła mu odpisuje, ze mu dołoży jeszcze trochę. Ale nie wysłał jeszcze papieru, a termin minał, więc nie jedzie. Ale organizatorzy odpisują, że może wysłać dopiero przed samą konf. Ale nadal nie ma całej sumy, więc nie jedzie. Ale nagle sprawdzamy jeszcze raz bilety i okazuje się, że potaniały. I jeszcze szkoła mu ostatecznie dorzuca jeszcze troche kasy. No wrzechświat go zmusił, żeby jechał. I koniec końców zostało mu dwa tygodnie na napisanie dwóch esejów do szkoły i artykułu na konferencję. No i za mało czasu no i nie jedzie. Każę mu napisać do jednej wykładowczyni z prośbą o przedłużenie terminu z wiadomych powodów. I oczywiście babka się zgadza. No i musi teraz jechać. Siedzi więc w domu, pisze, marudzi, panikuje, ja mu w kółko czytam i krytukuję, poprawiam, doradzam, a on pisze i panikuje;)
A konferencja jest tu:

(Kto zgadnie gdzie?)
Pięć dni. W maju. W takim miejscu. Wszystko opłacone przez szkołę.
No i tak oczywiście cholernie mu zazdroszczę, ale powiem wam szczerze, że mu tego stresu nie zazdroszczę i wiem, że jak mówi, że by się chętnie ze mną zamienił, to jest to prawda.
I w tym wszystkim ja nagle dostaję z rana telefon, że jesteśmy zaproszeni do radia. My, czyli taka społeczna organizacja, w której się ostatnio udzielam. Organizacja walcząca przeciwko komercjalizacji uniwersytetów i coraz powszechniejszej praktyce zatrudniania wykładowców akademickich na godziny tylko. Organizacja walcząca z rosnącą niepewnością pracy i traktowaniu uczelni wyższej tylko w kategoriach biznesu. I właśnie oto jesteśmy zaproszeni. Do ogólnoirlandzkiej stacji radiowej. I czy ja chcę wystąpić. W radio. Po angielsku. Jutro. Bo jestem główną organizatorką takiej jednej akcji. I że mam dać odpowiedź w ciągu pół godziny. Rozłączam się i myślę. W międzyczasie trwa wymiana maili z asystentką, przedstawiamy swoje warunki. Po pierwsze kompletna anonimowość, nawet nazwy szkół w których pracujemy nie mogą być wymienione. Występujemy tylko pod imionami. Podajemy listę tematów, o których nie będziemy rozmawiać. Zgadzają się na wszystko, a ja zgadzam się wystąpić. Opuszczam na chwilę mojego męża i jego referat i spotykam się z dziewczynami na szybkim szkoleniu medialnym ze znajomym dziennikarzem. Siedzimy do wpół do dwunastej, wydaje mi się, że nie jestem zdenerwowana. Wracam do domu i nie mogę spać całą noc. Morinka szaleje po takim zastrzyku adrenaliny, ja się besztam, że zachciało mi się być rewolucjonistką. Rano po nieprzespanej nocy jadę do redakcji, wywiad wychodzi całkiem w porządku, mówimy, co mamy do powiedzenia. Na koniec robimy sobie zdjęcie: 
Wychodzimy jak uniwersytecki Pussy Riot;)
(Kto mnie pozna?)
Potem wykończone jedziemy na akcję. A następnego dnia 1-szy maja i bierzemy udział w pochodzie oczywiście, jak przedstawiciele prekariatu akademickiego:



I w takim pędzie, w takiej kolejce górskiej z Morinką jesteśmy właśnie.
Ale to nawet nie wszystko.