Tytuł 204

9 tydzień 6 dzień. W chwilach, kiedy nie czuję się jak po pięciu godzinach jazdy samochodem bez aviomarinu, staram się biegać. Takie dni nie zdarzają się bardzo często, są raczej wyjątkiem niż regułą i dlatego wściekam się, jak coś mi przeszkodzi w wyjściu na dwór, na przykład całodzienna ulewa i sztormowy wiatr. Wczorajszy dzień zapowiadał się dobrze, koło wieczora znajome uczucie zaczynało wracać, ale że nareszcie nie lało i nie wiało zmusiłam siebie i M i pobiegliśmy późnym wieczorem. Było pięknie. Biegło mi się wyjątkowo dobrze, przy temperaturze koło zera, ale bez mrozu i wichury, kurtka rowerowa z lidla za 15e okazała się zakupem roku, doskonale się dopina pod szyję, rękawy są dostatecznie długie, a co najważniejsze jest kompletnie nieprzewiewna. Wyciągnęłam również z szafy dawno temu kupione spodnie alladynki na jogę, też z lidla, w których szeroki pas i luźny materiał pod nim bardzo ucieszył mój brzuch. Biegliśmy wzdłuż kanału Portobello, świecił księżyć jak zamrożony rożek, białe łabędzie pływały po czarnej wodzie, nie było nikogo w pobliżu, było cicho i spokojnie.





4.5 km, 6.38 na kilometr. Dobry czas, jak na ciążę. Jutro zamierzam powtórzyć.

Staram się też zacząć poranek od jogi, choć trudno się przemóc jak człowiek budzi się rano i zamiast swojego ciała ma ciasto na pierogi, nad którym nie ma za bardzo władzy, a ciasto chce tylko spokoju i musi poleżeć. Jak każde ciasto.

Kiedy przestaję rozmyślać na temat (niepewnej, jak to przyszłość) przyszłości, oddycham głęboko i jakoś tak w środku cieszę się, że jestem. Że żyję, że oddycham, że mi serce bije, że wszystkie organy pracują, jak trzeba i nawet jajniki wywiązały się ze swojego zadania, być może po raz ostatni (boże jakie to wszystko jest skomplikowane i precyzyjne!). Czuję, jak wszystko tańczy w delikatnej równowadze, hormony się wydzielają, komórki się mnożą, a we mnie mieszkają różne organizmy (niektórych są nawet miliony), bakterie dobre walczą ze złymi, kiszki grają marsza, nerki filtrują, wirusy już dawno wbudowały swoje RNA w moje DNA i dzięki temu jestem na świecie pomimo czarnej ospy, epoki lodowcowej i głodu. 

Nadrabiamy zaległości filmowe: ostatnio Wiosna, lato, jesień, zima i znowu wiosna delikatny, buddyjski film, przepiękne krajobrazy, uspokajająco-łagodzący, zmusiliśmy Adziarza do oglądania i nawet on, 15 latek zanurzony w World of Tanks  i fejbuku przez 3 godziny dziennie, po czterdziestu minutach głupich żartów z szybkości akcji (no jest trochę wolna;) uciszył się i na koniec stwierdził, że ‚no, może być’. Duża pochwała.

Oprócz tego Pusher i Pusher II, oba diametralnie różne od Wiosny.., ale też filmowane z podobną prawdziwości, smutne, brutalne, szczere i z Mikkelsenem przed dniami sławy.

Dokończyliśmy równiej Pewnego razu w Anatolii, lubię ten film za niedopowiedzenia, za niedorysowanie, za to, że widz musi się wiele domyśleć i to on ma sobie opowiedzieć historię, przeciwieństwo amerykańskiej kawy na ławę, tutaj ludzie są mgliści, wielowymiarowi, sugerują jakąś głębię i niejasność duszy, a do tego szerokokątne krajobrazy pustych wzgórz w Anatolii, jakoś muśnięta kultura turecka, o której nie wiem zbyt dużo i moja zawsze ulubiona postać sceptyka lekarza.