Lekka grypa połączona z kacem, uczucie, jakby nie do końca coś było w porządku, jakbyś za dwie godziny miała dostać wysoką gorączkę, tylko ta gorączka nigdy nie nadchodzi, a ty ciągle jesteś u progu jakiejś choroby i chętnie już byś ją przechorowała, wyleżała się w łóżku porządnie i wreszcie na koniec wyzdrowiała, a nie takie nie-wiadomo-co z lekko bolącymi mięśniami i ciągłym zbieraniem na wymioty. Zwłaszcza, jak się cały dzień w domu, jak się nie musisz mobilizować i wsiadać na rower i zapylać i stać przed publicznością i się ogarniać psychicznie i fizycznie. Ciało ci mówi, że powinnaś się zwinąć w kłębek i tak leżeć, paradoksem jest to, że uczucie to mija po jakiejś porządnej aktywności fizycznej, po biegu, po jeździe na rowerze, nawet przedświąteczne porządki robią dobrze, wykonywane oczywiście na raty, z przerwami na poleżenie.
Staram się oddychać tym uczuciem, embrace it, jak to tutaj mówią, zaakceptować go zupełnie jako część stanu w którym się obecnie znajduję, biadolenie bowiem w niczym nie pomoże. Ale na blogu pomarudzić sobie mogę.
A święta mineły spokojnie, dziwi mnie czasem jak spokojnie może być, jak my dobrze razem funkcjonujemy z M, jak wystarczy, że go o coś poproszę i wstaję rano (a raczej bliżej południa – coś mi się ostatnio przestawiło, ale pozwalam sobie na to wylegiwanie się, bo już niedługo będę zapylać jak mały samochodzik), a tu już wszystko zrobione i czeka na mnie kawa. Która wprawdzie ma czasami smak tektury, ale jest częścią rytuału, więc wypijam. Na drugą już nie mam ochoty. Tak samo, jak na zieloną herbatę (od początku ciąży nie wypiłam ani jednej). Kocham za to jabłka, których przedtem prawie w ogóle nie jadłam. Jabłka, sok pomarańczowy, pumpernikiel z masełkiem. Herbata z pokrzywy. Oliwki. Oraz śledzie, ale tylko matjasy z jabłkiem.
Marzę o morzu, ale na razie sztormy, więc nie zobaczę mojego morza tak szybko. Poza tym temperatura wody spadła do 8 stopni a to nawet mnie, morsa w przebraniu, jak na razie odstrasza, bo to jest strasznie zimno. Tym bardziej, jak na dodatek wieje i leje. Wiatr jest chyba najgorszy w tym wszystkim.
Na świeta się uparłam na tradycyjnie i zrobiłam pierogi ruskie, z kapustą i grzybami i uszka, barszcz i kutię oraz jednego śledzia z jabłkiem, bo nie wiedziałam, czy w ogóle będę mogła się do niego zbliżyć, a Adziarz i M nie jadają takich ryb. M nawet żadnych nie jada. Okazało się, że matijas z moim ukochanym jabłuszkiem to strzał w dziesiątkę. Dobrze było tak być tylko z moimi chłopakami na święta, choć zatęskniłam za Wigilią w Polsce, podglądniętą przez skypa – za zamieszaniem, śpiewaniem, dzieciakami, zadymą na całego, dyskusjami politycznymi i niepoprawnymi, chaosem, kłótniami i moimi siostrami wariatkami. Za taką dokładnie atmosferą, która towarzyszyła mi całe dzieciństwo – bałagan, chaos, hałas, za dużo wszystkiego – emocji, rozmów, ludzi, za głośno, za intensywnie, za bezpośrednio. Bo moja rodzina to przeciwieństwo dystansu i zrównoważenia, moja rodzina balansuje na granicy emocji skrajnych, w mojej rodzinie mówi się to co myśli, wali się prawdą (nawet, jeśli to tylko prawda chwili) po oczach, by za godzinę szczerze przepraszać. Moja rodzina się nie obraża, tylko wkurwia, miota i wrzeszczy, przegina, by zaraz wyciągnąć największy skarb, najpyszniejszą czekoladkę schowaną na czarną godzinę i ofiarować ją na przeprosiny. No, może z czekoladką przesadziłam, bo moja rodzina czekoladki zjada od razu!