A poza tym jest mi niedobrze. Niedobrze, niedobrze, niedobrze, wymiotnie, rzygowo i tak dalej, możecie sobie wyobrazić, nie będę wchodzić wszczegóły. W sumie zagadką tego stanu jest to, że jest mi dobrze, jak jadę na rowerze, jestem zajęta, prowadze wykład, potem przychodzę do domu i jest mi tak strasznie niedobrze, że kładę sie na pół godzinki i nie wstaję z kanapy już do wieczora. Chyba, że się zmuszę do biegania, to jest mi dobrze potem. Codziennie odrzuca mnie od innych rzeczy, ciężko się w tym wszystkim doszukać jakiegoś sensu, śledzie po początkowej euforii stały się wrogiem publicznym numer jeden, brukselka – nie mogę znieść zapachu przeważnie, choć czasem daję radę zjeść, sery śmierdzą, kapusta raz jest dobra, raz jest zła, zjadłam dwa dni temu 1/3 dużego czekoladowego sernika, a następnego dnia nie mogłam się wręcz na niego patrzeć, pieczone ziemniaki – robi mi się słabo, na samo wyobrażenie zapachu rozmarynu mam ochotę nie wychodzić z toalety. Dziś mnie uratowały truskawki ze śmietaną i cukrem. Kocham truskawki. I nie obchodzi mnie jak bardzo radioaktywne muszą być, żeby rosnąć w grudniu.
Dzień: 19 grudnia 2014
Tytuł 207
W tym roku po raz pierwszy od wielu lat zostajemy na święta w Irl. Trochę ze względów finansowych, trochę Adkowych (ma ważny konkurs naukowy w pierwszych dniach stycznia), a trochę tak sobie. Wczoraj skończyłam ostatnie zajęcia w tym roku, dziś leżę na kanapię i zastanawiam się, czy mnie tradycja zobowiązuje, czy wcale nie. W sumie nie czuję żadnego nacisku na robienie czegoś na święta, żadnej presji, żadnego przymusu, nikt nie będzie mnie kontrolował, wymagał i do kątów zaglądał. I trochę mi smutno z tego powodu – nawet teściowa nie będzie moich pierogów oceniać, pewno dlatego, że od 8 lat nie żyje. Z teściem M nie rozmawia jeszcze dłużej, więc też nie stanowi problemu. Przynajmniej w tym względzie, hehe. Zagłębiłam się w siebie i stwierdziłam, że ja, ja chcę świątecznej atmosfery, choinki, barszczu i prezentów, śpiewania kolęd i składania życzeń. Mi jest to potrzebne, to ciepło, życzliwość, ukojenie, a właściwie nie ma powodu, żeby nasze święta takie nie były – kłócimy się tak rzadko, że jakby co możemy to przełożyć na po świętach. Zamierzam rozpalić w kominku i zrobić małą, ale bardzo tradycyjną kolację wigilijną, choć bez śledzi i karpia (w tym roku nie przełknę, a chłopaki też nie zjedzą). Barszczyk na kiszonych burakach, uszka z grzybami (wegańskie danie), dla siebie i Adka zrobię trochę ruskich, bo uwielbiam domowe a nigdy nie robię z braku czasu. I kutia – mak z pszenicą, orzechami i miodem (moi dziadkowie byli ze Lwowa). Kocham. Trochę będzie wyzwaniem brak pieniędzy (mamy na te święta dokładnie tyle samo do wydania, co zwykle, bo porzebuję kasy na styczeń na badania genetyczne), ale – hej! czy kolacja Wigilijna nie powinna być czasem postna? czyli tania i skromna? W sumie uświadomiłam sobie, że u mnie w domu nigdy nie było problemu z za dużą ilością jedzenia i zadłużaniem się na święta – prezenty zawsze były raczej symboliczne niż ostantacyjne, jedzenia zawsze się robiło tyle, że starczało na wigilię i pierwszy dzień świąt.
Cieszę się, że są święta. Tym bardziej, że w ostatnich dniach mam taką zadymę w pracy, że zaczęłam marzyć o wynajęciu ruskiego hakera i rozesłaniu kompromitujących zdjęć pewnej mojej koleżanki z pracy, wobec której dwuletnie podejrzenia o osobowość psychopatyczną zmieniły się ostatnio w pewność. Chociaż nie, nie ruski, bo się zaraz kapnie – znacie może jakiegoś południowoamerykańskiego bezwględnego hakera, który za niewielką opłatą roześle świńskie zdjęcia do wszystich pracowników mojej szkoły? Hmmm…