No dobra, my tu gadu gadu a tu nagle…
ALE JEST MI K… NIEDOBRZE! Jakby lekka grypa połączona z kacem. Ja pierdziu, chyba już zapomniałam o urokach stanu odmiennego! Bolą mnie mięśnie, boli mnie głowa i jest mi cały czas, nieustająco, nieprzerwanie niedobrze.
Moje drogie, jakie bieganie! Pozwólcie, że zaśmieję się HAHAHAHA. Jakie kąpiele! Jaka aktywność fizyczna! Kac z grypą skutecznie mnie chronią przed takimi fantastycznymi pomysłami fananberiami (a już miałam dziś wyruszyć na marszobieg, ech, cały ranek się przygotowywałam).
Jest mi tylko trochę lepiej jak leżę/siedzę w łóżku, pod ręką mam sok pomarańczowy i kanapkę z białym serem ze szczypiorkiem i pomidorem.
Tak, wiem, to dobry znak i cieszę się bardzo, ale nie mam siły się cieszyć, bo JEST MI NIEDOBRZE!
Kurna, ale to natura wymyśliła, no nie powiem, nijakiego sensu nie mogę się doszukać. Naukowcy do dziś się głowią o ewolucyjne wytłumaczenie porannych (jakich porannych?? ktoś tu sobie chyba jaja robi!) mdłości.
Ser cammembert to zło! Śledzie po kaszubsku od tygodnia patrzą się na mnie z pudełeczka, ale po początkowej euforii (ŚLEDZIE!!) i zjedzeniu trzech pozostałe dwa nagle stały się moim wrogiem, co mieszka w lodówce. Wącham M, jego piżamkę i łysinę. Od razu wiem, co zjadł, hehe.
Sprawdzam prace i jest mi niedobrze. Niedobrze mi na widok komputera i na zapach dymu (rozpaliliśmy kominek). Niedobrze mi na myśl o czymkolwiek. Na myśl o wszystkim właściwie. Niedobrze mi na myśl, że będę musiała jutro wstać z łóżka i pojechać do pracy.