Kocham mojego lekarza!
Bardzo mnie uspokoił, zapewnił, że bieganie nie ma wpływu na poronienia (dla spokoju przerzucę się na marszobiegi), co więcej – jeśli zachodzę w ciążę biegając to oznacza, że jest to bezpieczne dla mnie i że mój organizm jest do tego przyzwyczajony. I że nie ma takiego wymogu, żebym nagle zaczęła prowadzić życie kanapowca. I że robię wszystko, co mogę żeby ciąża była zdrowa – nie palę, nie piję, dobrze się odżywiam, nie dźwigam i tak dalej – i mam się nie zamartwiać, tylko robić to, co dotychczas. Oczywiście wszystko w granicach rozsądku. A największym czynnikiem ryzyka jest u mnie wiek, więc oprócz tego, co robię, cała reszta jest w rękach losu. Co do kąpieli jego opinia jest taka, że to raczej też nie ma wpływu, choć mam być ostrożna i nie zmarznąć za bardzo. Nie mam żadnych plamień, skurczów, nic z tych rzeczy i jeśli nawet znowu się okaże, że coś nie tak, to tak jak za pierwszym razem będę za to winiła loterię genetyczną. Zamierzam jeszcze iść do ginekologa w przyszłym tygodniu, aby wszystko potwierdzić i przekonać się, czy zarodek ma się dobrze.
A tak w ogóle to chyba jednak przekroczyłam granice mojej własnej intymności, więc dwa poniższe posty zamknę i nie będą widoczne. Choć większość z was znam i lubię, to tak naprawdę nie wiem kto tutaj zagląda i ta świadomość jest dość nieprzyjemna, kiedy piszę o tak intymnych rzeczach.
I jeszcze jedno – tak sobie czytam i czytam The British Journal of Obstetric Medicine, Journal of Midwifery and Women’s Health i tak dalej, i wszędzie piszą, że nie ma żadnych dowodów, że „bed rest makes any difference to threatened misscarriage” i że kobietom jak zaczynają plamić tradycyjnie się mówi, żeby się oszczędzały i leżały w łóżku i kobiety tak robią, ale nie oznacza to, że bez tego by poroniły. Część z nich roni niezależnie od leżenia, część nie roni niezależnie od chodzenia, a straszenie poronieniem i nakaz leżenia wcale nie poprawiają sytuacji. „Bed-rest or supportive treatment with progestogens or HCG has not been shown to offer any benefit.” ( w Current Obstetrics & Gynaecology (2004) 14, 2333), czyli jest to przestarzała metoda stosowana tylko dlatego, żeby uspokoić rozhisteryzowane i zrozpaczone kobiety. Które będą czuły, że zrobiły wszystko, co możliwe. I może nie będą się winiły i nie wpadną w depresję.
A ja jestem bardzo podatna na straszenie i mam skłonności do obwiniania się w nieskończoność, że może jednak coś złego zrobiłam, łatwo mi wierzyć w krakania i przesądy i wtedy jedynym moim pocieszeniem jest literatura naukowa. W końcu jestem doktorem;)
A leżeć nie mogę – muszę pracować i spędzać długie godziny w szkole na nogach.
W sumie to już chciałabym skończyć tą dyskusję, będę słuchać lekarza i swojej intuicji podpartej literaturą medyczną. Naprawdę nie przemęczam się i nie ryzykuję, ale przecież nie możecie tego wiedzieć, bo nie jesteście mną:) I naprawdę, jeśli coś się stanie, to nie będzie to wina tego, że biegałam czy też nie biegałam, jeździłam na rowerze czy też kąpałam się w morzu. Te rzeczy nawet nie występują w piśmiennictwie medycznym jako przyczyny poronień. Przyczyny są inne – mogę mieć przeciwciała antyfosfolipidowe, bo jestem alergiczką, na to nie bieganie i oszczędzanie się NIE pomoże, mogę mieć zaburzenia hormonalne – jak wyżej, zarodek może mieć wady genetyczne. Na żadną z tych rzeczy wchodzenie do zimnej wody ani wysiłek fizyczny nie ma żadnego wpływu.
Boję się, boję się jak jasna cholera, ale jeśli nie teraz, to w przyszłym miesiącu, jeśli nie, to za pół roku, jak widać nie mam problemów z zachodzeniem w ciążę, zrobię badania hormonów, przeciwciał i poczekam na zarodek bez wad genetycznych.
A jeśli zaczniecie mnie straszyć, to zamknę bloga, bo jestem teraz bardzo wrażliwa.