To jakbyś szła długim ciemnym korytarzem. I nie ma światła. I nie wiesz, czy jeszcze będzie. Wydaje ci się, że to koniec. Prawdziwy koniec. Tyle już o tym napisano, czy jest sens pisać cokolwiek więcej? Nie wierzysz, nie myślisz, że kiedykolwiek będzie ci lepiej. Nie ma przyszłości. Przyszłość jest jedną wielką czarną dziurą, to niemożliwe, żebyś się jeszcze w życiu śmiała bez tej czarej dziury z tyłu głowy.
Reczywistość jest zaklęta na czterech poziomach. Poziom pierwszy – nie jest ci smutno, jak może być ci smutno, skoro to tylko płód umarł? Poziom drugi – to nie on umarł, to ty umierasz. Poziom trzeci – tyle lat paliłaś, zasługujesz na karę. Masz raka. Poziom czwarty – zaraz umrzesz, udusisz się, boli cię płuco, umierasz.
Poziom czwarty jest poziomem cielesnym. Jest traumą zaklętą w ciele. Miałaś 6 miesięcy, jak umierałaś na zapalenie opon mózgowych i na płuco. Włożyli ci tam rurkę, którą odprowadzali cieknącą ropę. Gronkowca. Płakałaś całą noc i nie było nikogo. Nie było mamy, bo nie mogły mamy być wtedy w szpitalach z chorym dzieckiem. Dusiłaś się i płakałaś, płakałaś i dusiłaś się, wypadła ci szklana rurka odprowadzająca ropę i złamała się, salowa się przestraszyła i włożyła ci tę złamaną rurkę z powrotem w płuco. Charczałaś, dusiłaś się i płakałaś, leżałaś w mokrych pieluszkach całą noc, ze sterczącą złamaną rurką, ostrym końcem w ranie, z wysoką gorączką, zapaleniem opon mózgowych i gronkowcem w prawym płucu. Czułaś, że umierasz. Nie było przy tobie nikogo. Chorowałaś 6 miesięcy. 6 miesięcy w szpitalu. Inne dzieci były zazdrosne, bo mama warowała przy bramie, przekupywała salowe, pielęgniarki i lekarzy, wciskała im kawę i pomarańcze, aby tylko mogła być przy tobie przez chwilę, przez godzinę, przez cały dzień. Warowała jak pies, kiedyś w środku nocy poczuła, że musi do ciebie przyjechać, nic nie jeździło, więc szła godzinę na piechotę, biegła w środku nocy przez całe miasto, przybiegła do szpitala, ale nie chcieli jej wpuścić do ciebie, a ty w tym czasie umierałaś, okna były otwarte na oścież, wiał wiatr i szarpał zasłonami, szklana rurka tkwiła w ranie, dziewczynka na łóżku obok umierała, ropa wyciekała jej ze wszystkich otworów ciała, a ty płakałaś tak straszliwie, że mama usłyszała cię w środku nocy na drugim końcu miasta i nie wiadomo co naprzysięgała stróżowi nocnemu, że ją wpuścił. Lekarze mówili, że umrzesz. Ale nie wiadomo dlaczego przeżyłaś.
Poziom trzeci. Zasługujesz na karę. Byłaś złą dziewczynką. Mówili ci wszyscy, żebyś nie paliła. Mówili ci i mówili, krzyczeli, karali, straszyli, a ty co? Głupia, głupia koza. Zaczęła palić i paliła. Wiedziała, że palenie szkodzi, nie może mówić, że nie wiedziała, bo wszyscy jej mówili. Wiedziałaś, paliłaś, myślałaś, że teraz to jesteś taka dorosła, taka zbuntowana, taka fajna, teraz to nareszcie cię wszyscy polubią, a jak nie polubią to masz to w dupie, jedna zapałka, szlug z paczki, zaciągnięcie się i już jest lepiej, już jesteś sto razy fajniejsza, albo i tysiąć, nie jesteś już tą głupią naiwną oazową dziewczynką, tylko porządnie mroczną palaczką, teraz to nawet możesz ksiązki pisać i wiersze, możesz tworzyć poezję i prozę mroczną i mocną jak ty sama i jak te szlugi, mieć w dupie krainę łagodności i piosenki turystyczne.
Poziom drugi. Umierasz.
Poziom pierwszy. Nie jest ci smutno, nie wierzysz w opłakiwanie płodu, nie rozumiesz konieczności zadumy nad 6cio tygodniowym człowiekopodobnym tworem. Nie, nie jest ci smutno. Tak, dobrze sobie radzisz. Nie, nie ma sensu wypłakiwać się nad nie-bytem, prawda? Poronienie? Trochę więcej krwi niż przy okresie. Tak, czujesz się dobrze. Nie, nie miałaś krwotoku i nic takiego strasznego się nie wydarzyło. Właściwie to nawet lepiej, prawda? Opłakiwanie dzieci nienarodzonych jest przecież głupotą. Zabobonem. Idiotyzmem. Tak, postawmy sobie jeszcze świeczki i nagrobek z wyrytym napisem „Płodek. żył 6 tygodni, nie miał czasu mieć myśli i snów, widzieć ani słyszeć. Nie biło mu serce”.
I tak idziesz tym ciemnym korytarzem i wydaje ci się wszystko normalne. Tylko, że słońce nie istnieje. Umierasz.