Zombiusz

(uwaga! treści drastyczne)

 

 

 

 

 

 


 

 

 

 

 

Nie ma nosa, powiek, siatkówki ani tęczówki. Nie ma ust, języka, własnej krwi, rąk ani nóg. Nie ma wykształconych mięśni ani organów. Nie ma uszów, nie słyszał, co do niego mówiłam, nie macha, nie ssie paluchów, których nie ma, nie połyka wód płodowych, nie rośnie. Nie ma pazurków, którymi miał się trzymać. Nie ma fal mózgowych i nie bije mu serce. Właściwie to nie żyje od 4 tygodni. Nazwaliśmy go Zombiusz. Poznaliśmy go akurat przed Halloweenem. Mieszka w moim brzuchu.

Muszę go wyeksmitować. Właściwie to mogę poczekać, aż sam się wyprowadzi, ale nikt nie wie, ile to jeszcze potrwa. Może nawet miesiąc. I przez ten miesiąc będę chodziła z Zombiuszem w brzuchu. Na spacer, do pracy, na kawę, na piwo. Mogę użyć tabletek, które dostałam. Tabletki są na wrzody żołądka. Skutki uboczne – skurcze macicy i poronienie. Tabletki bierze się wieczorem, a następnego wieczora eksmisja powinna się zakończyć. Albo i nie. Jeśli dostanę krwotoku – mam jechać na pogotowie. Jeśli nie znajdę szczątków – mam jechać na pogotowie. Jeśli nie zacznę krwawić – mam zgłosić się do szpitala.

Pisałam, że nie przywiązuję się do płodów? 

Położna miała coraz bardziej kwadratowe oczy. – W którym pani jest tygodniu?

– W dziesiątym.

– To niemożliwe. Płód jest bardzo mały, wielkość płodu sześciotygodniowego.

Nie bardzo rozumiałam co do mnie mówi.

Położna zawołała lekarkę. Obie były bardzo miłe i cierpliwe. I delikatne. Dostałam tabletki poronne za darmo. Nic też nie zapłaciłam za wizytę, która miała być zabiegiem pobierania kosmówki w celu zidentyfikowania ewentualnych chorób genetycznych. A mogłam zapłacić 100 euro, żeby pooglądać sobie trupka na ekranie. Tabletki siedzą w kieszeni torebki. Choroby zidentyfikowały się same. Nie chcę dostać krwotoku na zajęciach.

– Ale dlaczego było mi niedobrze i bolą mnie piersi?

Hormony ciążowe spadają powoli. Tak powoli, że jeszcze przez miesiąc organizm myślał, że jest w ciąży. Jeszcze nadal tak myśli. Taki głupol ten organizm.

Poszliśmy z Zombiuszem na piwo. Pub był jeszcze zamknięty o 11.30 rano, nikt nie chodzi na piwo tak wcześnie, ale sprzedali nam dwa browce. Nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić. Śmialiśmy się i wymyślaliśmy okrutne, chamskie żarty. Im gorsze tym lepsze. Że weźmiemy Zombiusza do pudełka od zapałek i pójdziemy do księdza go ochrzcić. Że mu uszyjemy bialutkie ubranko. Że możemy mu zrobić grób w doniczce.

Dzisiaj byłam w pracy. Oglądam na googlu zdjęcia dzieci z zespołem Patau, żeby przekonać się, że to lepiej, że tak się to rozwiązało. Dzieci z zespołem Edwardsa. Z rozszczepieniem kręgosłupa. Bez mózgu. Lepiej mieć dziecko bez serca, myślę sobie, niż bez mózgu. Bo bez mózgu kazaliby mi je w Irlandii urodzić. Albo musiałabym jechać na zabieg do Anglii. I zdecydować, że pomimo bijącego serca usunę ciążę. Płód. Dziecko, jak niektórzy mówią.

Zombiusz na pewno nie jest malutkim aniołkiem. Jak czytam o aniołkach to mi się robi niedobrze. Ale może to jeszcze te hormony. 

Które spadają. Będę miała baby blues.

Tylko, że bez baby.