Przepraszam, ze sie nie odzywam, nie dziekuje za dobre slowa, nie komentuje, nie daje znaku zycia, przepraszam, ale czapa mi sie nasunela na czolo, na oczy, na nos, czapa zaslonila mi slonce i swiat, czapa jak chmura gradowa, jak calun, przez ktory wszystko widac na szaro. Wczoraj sie rozplakalam, ze nie pojechalismy nad morze, bo padal deszcz, a potem wyszlo slonce, ale juz za pozno bylo, nie dalismy Adkowi klucza i nie mialby jak wrocic do domu, ale jak zobaczylam zloto-pomaranczowe niebo rozplakalam sie, ze juz nie pojedziemy, ze za pozno, ze tak bardzo chcialam, zupelnie jak dziecko. Chodz, polez na mnie troche, powiedzial do mnie Mi i poszlam sie polozyc, jak dziecko, bo seks tez odpada na razie, wiec sobie tylko lezalam i bylo mi smutno i zastanawialam sie o co mi tak naprawde chodzi. Bo nie chodzi o ten biedny plod przeciez, o tego Zombiusza nieszczesnego, nie szkoda mi tego potencjalnego dziecka, widocznie tak mialo byc, wiem to, czuje to, a jednak czapa nasuwa sie glebiej na czolo i przeszkadza mi widziec swiat. Walcze jak moge, wymyslam spacery, bieganie, wyjazd nad morze, znalazlam najtansza yoge w Dublinie i zapisalam nas oboje, robie sobie kapiele w pianie i maseczkę na twarz, ale wszystko, wszystko zabarwione jest tym kwaśnym smakiem smutku, tymi łzami pod powiekami, tym okropnym uczuciem użalania się nad sobą, którego niecierpię od dzieciństwa, a w które tak łatwo się osuwam nie wtedy właśnie, kiedy idzie coś nie tak, ale kiedy szara czapa nasuwa się na czoło i nie pozwala widzieć wszytkiego takim, jakim jest.
W takie dni chowam się w sobie, nie chcę nikogo widzieć, nie chcę z nikim rozmawiać, bo potrzebny mi czas tak dla siebie w środku siebie, nie chcę współczucia, ale nie chcę też pocieszania, że wszystko jest w porządku, bo wiem, że jest, a jednak uczucie cichej rozpaczy drwi sobie z tej wiedzy i panoszy się naznaczając wszystko wokoło tym smakiem starego skwaśniałego piwa z dna beczki.
Jak bardzo człowiek jest niewolnikiem hormonów, jak bardzo to, co czujemy ma związek z małymi dziwnymi substancjami wytwarzanymi przez gruczoły, a wszystko podlega tajemniczym księżycowym cyklom na które nie mamy żadnego wpływu. W tym wszystkim śmieszy mnie trochę to, że czuję się jak szmata, bo mój organizm płacze po straconej ciąży, mimo, że ja po niej nie płaczę, mimo, że ja wiem, że tak jest lepiej, niż żeby się miało urodzić kalekie chore cierpiące upośledzone. Kim jestem ja, która wiem a kim ta, co we mnie płacze?
A poza tym jesień.