Wróciłam do moich papierów. Życie jest za krótkie, żeby się bać, prawda? Wróciłam też do biegania i kąpania się w morzu, które musiałam przerwać bo byłam przeziębiona, osłabiona i ostrożna. Zamierzam też korzystać i opychać się tymi wszystkimi rzeczami, które są zabronione kobietom w ciąży. Sery pleśniowe, wędzone ryby z naciskiem na węgorza, tatar z łososia i z polędwicy, surowa wędzona polędwica, steki, sernik na zimno, kogel-mogel, zamierzam chłeptać litry kawy ze śmietanką i zagryzać cudownym olomouckim twarohem. Również chodzić do sauny oraz brać cudowne gorące kąpiele w pianie złudzeń. Dopóki mogę.
Z tego wszystkiego nie pochwaliłam się, że byliśmy na tym:
Widziałam Czekając na Godota w Dublinie, w przerwie wznosząc toast Guinnessem.
Co zaspokoiło moje pragnienie irlandzkości na bardzo długo.
Sztuka jest taka, że przez półtorej godziny nie za bardzo wie się o co chodzi, siedzi się na widowni jak ten kołek, bez ekscytacji i porwów serca, bez wzruszeń do łez i śmiechu do rozpuku, a potem wychodzi się z teatru, oddycha się świezym powietrzem i nagle słyszy się, że wszyscy rozmawiają ze sobą Becketem, że MY TAK MÓWIMY do siebie nawzajem, tak urywanie, tak nieprzytomnie, tak prozaicznie, tak dziwacznie, tak nieadekwatnie, tak głupkowato, tak mądrząc się, tak udając, tak się nie rozumiejąc, wiecznie w poczekalni, z nastawieniem na coś wielkiego, wymieniamy słowa bez znaczenia zabijając czas.