Uczyliśmy się ostatnio ze studentami o tym, jak się uczy dziecko. Że buduje sobie taką ramę, taki szkic świata, który potem wypełnia szczegółami, że na początku wszytko jest ważne, każda obserwacja służy do nauki
(i dlatego możliwość skupienia uwagi u malutkiego dziecka wynosi zaledwie parę minut – około 3 u jednoroczniaka, ale, co istotne – ‚skupienie uwagi’ oznacza też wyłączenie uwagi, bo skupiać oznacza wycinać wszystko inne poza tym, na czym się skupiamy, czyli malutkie dziecko ma dużo bardziej pojemną, bardziej szeroką uwagę niż dorośli)
i ze wszystkiego buduje się pierwszy ‚obraz świata’. Ten obraz świata raz skonstruowany ma tendencję do kostnienia i zastygania, kiedy zarys już istnieje, detale wciskamy w odpowiednie miejsca, rzadko przebudowujemy większą całość, a jeśli już (św. Mikołaj nie istnieje??!!), to przeważnie (zawsze??) jest to okupione większą lub mniejszą traumą. A zatem uważamy tak, a nie inaczej, i im starsi jesteśmy tym mniej argumentów jest w stanie nas przekonać do zmiany zdania, bo ‚swoje już przeżyliśmy’. To dlatego rozmowa o rzeczach najistotniejszych – równość czy wolność, pro-life czy pro-choice, postęp jest dobry czy zły – nie ma sensu. My już swoje wiemy i z całego wachlarza daświadczeń życiowych skrupulatnie wybieramy te, które dokładnie utwierdzają nas w naszych poglądach. Mi mawia ‚to jest moja opinia i całkowicie się z nią zgadzam’ i to mniej więcej oddaje naszą gotowość do poznawania świata. Czyli Mamoniowe „lubię tylko te piosenki, które znam”. Zdarzyło się wam kogoś przekonać w ferworze dyskusji? Jeśli tak – to wyrazy szacunku. Dla waszego interlokutora. Mieć odwagę być przekonanym przez kogoś siłą argumentów – to dopiero intelektualna bezkompromisowość! I prawdziwa brawura. Bo jak się damy przekonać co do jednej rzeczy, jak wyciągniemy choć jeden kamyczek z tej misternie całymi latami budowanej konstrukcji to przecież cały światopogląd może nam runąć. I wtedy co? Nasz wewnętrzny świat pogrąży się w chaosie – nie ważne jak krzywy i pokurczony był wcześniej, krzywy, pokurczony i splątany lepszy jest od rozbitego na milion kawałeczków.
Są też ludzie, którzy zmieniają zdanie jak dandys rękawiczki – przez dwa lata są bardzo pobożni, by za jakiś czas wściekle wojować z kościołem, przejść na islam, zbuntować się przeciwko czadorom, zostać weganinem, przestać jeść w ogóle prawie wszystko, by po jakimś czasie utuczyć się okrutnie i celebrować rozkosze ciała. Lecz na przekór pierwszemu wrażeniu ludzie tacy również wierni są swojemu światopoglądowi, który zakłada przyjście św. Mikołaja, nadejście rycerza na białym koniu, czyli idei, która rozwiązuje wszystko. Mężczyzny, który sprawi, że będziemy czuć się kochani i będziemy kochać aż po grób, diety, która sprawi, że będziemy wiecznie szczupli albo juz zawsze zdrowi, wiary, która sprawi, że będziemy na pewno zbawieni, sportu, który pomoże nam zachować wieczną młodość, terapii, która sprawi, że wreszcie będziemy już zawsze szczęśliwi, jednym słowem: cudu. I kiedy on nie nadchodzi, trzeba przerzucić się na inną dietę, wiarę czy miłość, która wreszcie zadziała.
I tak sobie myślę – co zrobić, żeby zachować giętkość myślenia a nie dać się ułudzie cudownych diet i terapii? W chaosie żyć się nie da, ale w skostniałej formie to mniej wygodnie niż w trumnie. Co zrobić, żeby zachować giętkość umysłu, ciekawość świata, umiejętność rewidowania poglądów a równocześnie nie ulec teoriom spiskowym? Co zrobić, żeby zachować kontakt z rzeczywistością równocześnie nie topiąc się w niej, zachowując zdolność do widzenia sensu i cierpliwość do burzenia i budowania świata od nowa?