Boże, to lato się nie kończy! Uwielbiam, wielbię słońce, ciepło, rośnięcie, pęcznienie, kwitnienie, życie!
Zrobiliśmy sobie przerwę od pracy i wyrwaliśmy się na chwileczkę na festiwal teatrów ulicznych do Ukrytej z rodziną. I powiem wam, że gdybym była jeszcze bardziej wyrodną matką niż jestem, a przy tym zachowałabym resztkę rozumu to oddałabym swoje dziecko na wychowanie Kasi – takie ma cudowne dzieciaki! Choć oczywiście jest taka możliwość, że to wcale nie jej zasługa, tylko dostała takie fantastyczne egzemplarze od Spaghetti Monster. Whatever. Dzieciaki biegają na bosaka po skałach, a Kasia z iście kamiennym spokojem siedzi sobie z boku i rozmawia ze mną. Nie ma korby, że dzieci się przewrócą / spadną ze skały /zabiją / potłuką / stłuką sobie kolanko i umrą na miejscu / zarażą się straszliwą kamienną zarazą / pożrą ich drapieżne stułbie, chełbie i meduzy / przyjdzie niespodziewana fala tsunami i zmiecie je z powierzchni plaży, czyli tak, jak ma wiele znajomych mi matek. Dzieci (o zgrozo!) MOGĄ biegać na bosaka po kamieniach i wchodzić do wody! I (o podwójna zgrozo!) z tego korzystają! Strrrrrrasznie podobały mi się takie małe umorusane łobuzy, zwłaszcza, że w 2/3 były to dziewczynki – cudownie niegrzeczne, złośliwe potwory, które chodziły wszędzie za Mi trzymając go za rękę i zaśmiewając się w głos. A przy tym przynosiły mu w kółko poziomki, laurki, obrazki, kamyczki i różne inne skarby, nazywały go wujaszkiem-śmierdziuszkiem (w przypływach sympatii – pachniuszkiem) i pytały się mnie „ciociu, a co wujek lubi NAJBARDZIEJ?” i kiedy rozmyślałam co by tu odpowiedzieć zamiast „sex, piwo i mnie” na poczekaniu machały parę obrazków dla wujaszka, na których to bierze on ze mną ślub przy widowni siedzącej na krzesłach i rechoczącej od ucha do ucha, przy czym niepokojąco przypomniającej dwie małe dziewczynki w wieku wczesnoszkolnym i chłopczyka lat około dwóch (malunki do wglądu).
Czyli kompletnie skradły nam serca.
Kasia, boginka groszku, bobu, fasoli, marchewki i kur, opiekunka pomidorów i dziwnych roślin rosnących w ich domu wszędzie, nie wspominając już o dzieciach, niniejszym zostaje odznaczona moim prywatnym medalem Sheeli-na-gig co i trochę straszna jest i potężna zarazem, a jak się za to na mnie obrazi, to trudno. Jak się na coś zasługuje, to się zasługuje i już. Można zawsze nie przyjąć, jak Pasternak i Sartre nagrody Nobla i jak „się” cztery sadzonki pomidorów, które dostaliśmy od Freyów. Dogorywające właśnie w południowym słońcu. Pomidory zdecydowanie nie lubią podróżować autobusem. Nawet mi nie jest tak niedobrze w samochodzie jak im. Albo nie chcą mieszkać w Dublinie. Na razie z nimi negocjuję, ale coś kiepsko to widzę.
(Uwaga! Dalej będzie egzaltowanie i egzystencjalnie.)
A oprócz tego po rozmowie z koleżanką czuję, że muszę napisać manifest:
Zatem w MOIM świecie miłość istnieje, to jest dobre i co więcej jest możliwe, że ludzie są ze sobą do końca życia, nie zdradzają się i nie zostawiają w nieszczęściu i chorobie, przejmują się innymi, pomagają sobie, wspierają się, czują uczucia innych ludzi i się nimi przejmują, chcą innym ulżyć i pomóc, pragną intymności a nie tylko seksu, faceci koło czterdziestki kochają swoje czterdziestoletnie żony, nawet, jeśli nie mają z nimi ślubu, i ich brzuchy i ich cycki (nienajświeższe już) i ich twarze, żony, z którymi nie muszą mieć ślubu, są dla nich pociągające, kochają się z nimi często i nie zamieniliby ich na nikogo innego. A żony tak samo. A jak się tak nie kochają, to się rozstają i spotykają kogoś, z kim się tak kochają. Bo bez miłości nie ma życia.
Oczywiście są również ludzie, którzy tak nie robią, są mordercy, psychopaci, pedofile, egoiści, narcyzi i faceci, co zdradzają swoje żony. Ale z nimi się nie zadajemy. Współczujemy im, ale się z nimi nie przyjaźnimy. Nie chcemy z nimi utonąć na pustyni.
Bo ten świat, moi drodzy, bez interpretacji NIE MA SENSU (dziękuję Sartrze). Ma tylko sens o tyle, o ile go nadajemy. I taki, jaki mu nadajemy.
A ja nie zgadzam się na inny świat. Innego świata dla mnie nie ma. Jeśli ktoś lubi – proszę bardzo. Może sobie mieszkać na pustyni. Ale ja nie lubię. Ja lubię mieszkać tu. Ja lubię pływać w morzu. Mimo, że to czasem boli.