Tytuł 359

Dzisiaj wielki dzień.

Od dziś oficjalnie jestem biegaczem.

Biegłam dziś 32 minuty bez przerwy. Jakieś 6.5 km.

Dla każdego bardzo początkującego biegacza to sukces. 

To jak dla czytelnika przeczytanie pierwszej książki a dla kierowcy przejechanie z miasta A do miasta B.

Przypominam sobie, że na początku mogłam biec bez zatrzymywania się 3.5 minuty. Było to jakieś półtorej roku temu.

Trochę sapię i świszczę, ale wychodzi na to, że chyba nie mam raka płuc. 

Chyba byłam po prostu zmęczona.

Czasem trzeba po prostu odpocząć.

 

Tak, marzec jest cudowny. 

 

Tytuł 360

Tak tak, marzec jest zdecydowanie lepszy niż luty.

Luty jest srogi, nieubłagany, skuty, okrutny. W lutym czas się zatrzymuje na całe długie 28 dni, które się liczą podwójnie i każdy dzień ma 48 godzin na wypatrywanie meteorytów i czekanie na koniec świata i tylko takie osoby jak Okrutne Miśki mogą się rodzić w lutym (pozdrawiam), też mi pomysł, żeby się rodzić w takim zimnym pustym miesiącu, gdzie wszystko co żyje trzęsie się z zimna i strachu pod kołdrą. 

Ale wystarczy moi drodzy tych wynurzeń na razie, to nie kozetka u psychoanala przecież. Kto nie poczuł złowrogiej mocy ambicji i potrzeby bycia lepszym, ten nie będzie wiedział o czym mówię, kto nadal w nią wierzy, stwierdzi, że bredzę w malignie, a kto jej zaprzecza uzna mnie za głupca bądź kłamcę. Jeszcze tylko dodam, że powszechnie wyznawanym przekonaniem, aczkolwiek całkowicie błędnym, musimy to mocno podkreślić, jest opinia, że pracodawcy lubią ambitnych ludzi. Otóż nie, nie! Nie ma nic bardziej mylnego! Pracodawcy lubią ludzi posłusznych, dość ograniczonych, w sam raz na tyle, żeby nie zauważali bezsensu kręcącej się machiny instytucji, na tyle wyzutych własnych ambicji, żeby dawali sobie wmówić, że cele firmy są ich osobistymi. Moja szkoła na przykład wolałaby, żebym zamiast tracić mój cenny czas na pisanie artykułów i czytanie książek spoza wąskiej listy ‚required readings’, poświeciła go na przykład na dzwonienie do studentów i nakłanianie ich do przyjścia na zajęcia. Albo w ogóle na chodzenie i głoszenie dobrej nowiny, że Szkoła daje ci dyplom, jak zapłacisz, więc chodźcie tu do mnie dziatki jak was wszytkich nakarmię!

Na koniec jeszcze tylko zauważę, że świat wygląda przepięknie, jak się odpuszcza jakiekolwiek osiągnięcia, nagle nie czuje się tego ogromnego ciężaru w piersi, można oddychać swobodnie i cieszyć się, że po prostu się jest. Co oczywiście nie oznacza, że zamierzam teraz nie robić nic (a wierzcie mi, w Irlandii jest to całkowicie wykonalne z dwustoma euro zasiłku tygodniowo i znam paru takich gości, co to już 5 rok siedzą na zasiłku), choć nie przeczę, że gdy najdzie mnie taka ochotą to przestanę robić cokolwiek. Ale na razie, na razie cieszy mnie robienie tego, co dotychczas tyle, że bez okrutnej presji i ciśnienia. Bo ja LUBIĘ uczyć i lubię czytać i lubię pisać i tak dalej.

No, ale dość o tym.

Byli Freje i jakąś taką zieloność przywieźli ze sobą, pachną tymi swoimi polami, kurami, psami, dzieciakami (Kasiu – jest to metafora;)  i jest to zapach przestrzeni.

Też chcę coś hodować! 

Syna mam już dużego, więc zabrałam się za kiełki.

Proszę bardzo, też możecie mieć:



 

 

Tytuł 361

No proszę, przyszedł marzec i od razu czuję się lepiej. 

Cały tydzień sumiennie odpoczywałam. Oglądnęłam 10 odcinków Greys Anatomy, czytałam książki. Nie przemęczałam – dałam sobie luz z ćwiczeniem, bieganiem i nawet spotykaniem się z ludźmi. 

Solennie sobie obiecałam, że od dziś nie dam się zapędzić samej sobie w kozi róg. 

Choć koza ze mnie straszliwa. 

Na pierwszy ogień poszła ambicja. Staram się patrzeć na świat bez niej – i wiecie co? Dziwne to jest.

Ambicja nakręca, sprawia, że biegamy szybciej i szybciej. Trudno jest z niej zrezygnować, bo wiąże się też z bardzo podstawową potrzebą – z tym, że będziemy mieli wystarczająco, żeby po prostu przeżyć. Jak się ustawię w lepszej pozycji, to mam większe szanse, że będę miała tyle, żeby nie głodować. Żeby moje dzieci mogły się rozwijać. I tak dalej. 

Zastanawiam się, gdzie jest granica? Na ile to kim trzeba być i co trzeba mieć jest dyktowane kulturowo a na ile biologicznie? (Herbata jest na przykład podstawową potrzebą w krajach anglosaskich – kiedy ktoś nie może sobie pozwolić na cup-a-day, to już jest tak biedny, że biedniejszy być nie może).

Kiedyś myślałam, że ‚trochę’ ambicji nie zawadzi, że najważniejsza jest równowaga. Ale ambicja jako taka zaprzecza równowadze – nie można być ‚trochę’ ambitnym, jest się, albo się nie jest. Albo chcemy być lepsi od innych, albo nie chcemy. Nie ma środka.

Niektórzy mówią, że ważniejsza jest ambicja innego rodzaju, to znaczy taka, żeby przekraczać własne ograniczenia. Żeby się ścigać z samym sobą. Odrzucam też taką jej formę. Kluczowe w tym stwierdzeniu jest bowiem ‚ścigać’. Nie chcę się ścigać. Chcę coś robić z pasją, to oczywiste, ale nie pod presją. Nie po to, żeby być coraz lepszym.

W sumie dochodzę do wniosku, że nie chcę być lepsza. Bo, po pierwsze – cóż to znaczy? Lepsza ode mnie teraźniejszej? A skąd wiem, że to lepszość a nie gorszość? A po drugie – to znaczy, że teraz nie jestem dobra? Że muszę być lepsza? Po co? Żeby poczuć się lepiej, żeby zasłużyć na dobre traktowanie samej siebie? A jak będę lepsza, to będę lepiej siebie traktować? Wiem z doświadczenia, że nie – niezależnie od tego, co osiągam, co przetrzymuję, czy co przezwyciężam, nigdy nie jestem wystarczająco dobra dla samej siebie. Ciągle muszę być ‚lepsza’ – bardziej pracowita, bardziej współczująca, bardziej twórcza, bardziej świadoma, bardziej wysportowana, mądrzejsza, lepiej mówiąca po angielsku i tak dalej.

A zatem po pierwsze odrzucam ambicję. Nie będę się na siłę zmieniać. Nie będę się starać zmieniać. Odrzucam dwie rzeczy: ‚na siłę’ i ‚starać się’.

A to jest prawdziwa zmiana.