Za oknem sypie snieg.
Dzień był histeryczny, noc byla koszmarna do trzeciej trzydzieści, a potem oddałam się pod opiekę miłości i zasnęłam.
Pracowity pracowy tydzień, piszę pracowity a przez cały weekend moja hipochondria nie pozwoliła mi zrobić nic.
Może ona po to jest?
Wczoraj trzęsłam się jak osika przez osiem godzin, o dwudziestej założyłam czapkę i pepegi i poszłam biegać z myślą, że przynajmniej umrę w drodze.
Biegało mi się dobrze. Przestało mnie dusić.
Bieganie nadal pozostaje numerem jeden ze wszystkich sposobów uspokajania ciała.
Wczoraj nawet medytacja nie pomagała.
Z tego wszystkiego skończę biegnąc maraton;)
Chciałabym mieć choć ociupinkę tego wcześniejszego uczucia, że życie jest piękne.