Oczywiście zabronienie sobie szukania po necie przyczyn dolegliwości a rzeczywiste nieszukanie to dwie różne rzeczy. I tak siebie znowu od paru dni straszę i przerażam, sama sobie funduję nieprzespane noce i stres do 3 rano. W pracy dużo pracy i na chwilę zapominam, że mogę być chora, przez chwilę jestem tylko spokojniejsza i taka mniej na hura, może nawet bardziej zrelaksowana, wszak czemu praca ma mnie stresować, jak mogę mieć poważniejsze problemy na głowie, prawda?
Ale jakoś tak przycichłam, poszarzałam, codziennie do pracy dżinsy, bluzka, marynarka, u fryzjera nie byłam dwa i pół miesiąca, nie noszę spódnic i kolorowych rajstop, czuję się przygięta do ziemi. Żyję, ale co to za życie.
Cholera jasna, myślę sobie, cholera jasna kurwa mać, tak sobie myślę i pozwalam sobie tak myśleć, bo czasem w życiu potrzebne są ostre słowa i przekleństwa i złość, tak czuję, że tego mi trzeba – złości, przekleństw i wyprostowania pleców przygiętych nie-wiadomo-czym od dobrego miesiąca. Przygaszona jestem, przygaszona, osowiała, zszarzała, posmutniała, z nosem na kwintę i opadłymi rękami. Jeżdżę na tym rowerze do pracy, wiatr wieje mi w oczy, deszcze i grad siecze mi w twarz, samochody obryzgują mi spodnie, kierowcy zastawiają mi drogę, hamulce się psują i piszczą, strugi wody spływają po okularach, potem mokre ciuchy parują w pracy i lekko wilgotne i zimne zakładam z powrotem po paru godzinach. I nawet wtedy nie mówię kurwa mać. I tak, chyba mi to właśnie przeszkadza, to miękkie pogodzenie się z szarością.
W tym zimnym, wietrznym i wilgotnym klimacie tylko moja hipochondria się wspaniale rozwija. Oprócz lekkiego uczucia zalegania czegoś w płucu i ogólnego przygaszenia nie mam innych objawów, ale boję się jak jasna cholera, boję się, mierzę się, przemyśliwuję, jestem zła na siebie, że jestem taka słaba, taka histeryczna, taka rozchwiana emocjonalnie. Wczoraj na chwilę mi ulżyło, kiedy zaczęłam to łączyć z rzucaniem palenia, zawsze coś takiego mi się dzieje, kiedy nie palę, bo jak się okazuje kiedy palę nie myślę o raku i chorobach, tylko siedzę w knajpie bardzo zadowolona z siebie, piję trzecie piwo, kłócę się z kumplami i zaciągam się dymem radośnie. Kiedy rzucam i zdrowo żyję zaczynam się zmieniać w przewrażliwioną hipochondryczkę, wyczuloną na każdy delikatny sygnał z ciała. Wczoraj trafiłam na to forum i wszystko się zgadza, wszystko, wszystko co do kropeczki, może oprócz bólów głowy. W czasie rzucania palenia miałam już wrzody żołądka, raka, guza mózgu, atak serca niezliczoną ilość razy, byłam przekonana, że wielki meteoryt spadnie na ziemię, zostanie wybrany czarny papież a ludzkość wkrótce czeka katastrofa jądrowa.
Nie ma we mnie mocy, jest skowyt.
Jasny punkt to bieganie, bieganie jest cudowne, bowiem nie można równocześnie biegać i umierać, czyż nie? Ta prosta prawda pozawala mi przeżyć dzień po dniu, pozwala mi dotrwać do kolejnego dnia i nie oszaleć z niepokoju.
Medytowanie do drugi jasny punkt. Czasem znajduję przestrzeń w sobie na dłużej, czasem tylko na parę chwil.
Dzieci, nie palcie narkotyków, bo wam się w mózgu poprzestawia. Nikotyna to bardzo bardzo silny narkotyk, piszę to, jakby ktoś jeszcze nie wiedział, i jak każdy narkotyk robi czary mary w twoim mózgu, a potem trudno wrócić do równowagi, czary ulatują z dymem i zostają same mary.
Albo naprawdę jestem nienormalna.